• Wpisów:57
  • Średnio co: 53 dni
  • Ostatni wpis:7 dni temu
  • Licznik odwiedzin:4 846 / 3076 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Świat nie jest w końcu zły?
Bo jest najgorszy.

Dzisiaj tylko tyle. Chciałam się rozpisać, ale czuję, że nawet to rozpisanie się będzie zbyt żałosne, żebym je napisała.
  • awatar Mokolet: Nie poddawaj się za szybko. Mierz rangę problemu tym, jak bardzo (nie)możliwe jest jego rozwiązanie!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przybyłam złożyć tutaj życiowy apdejt!

Przyjaciółka o której mówiłam i chłopak, z którym się umawiała. No cóż, są już parą! Poszło to dosyć szybko, a nasze rozmowy bardzo szybko ogarnęła rozmowa głównie o ich relacji. Nie mogłam jej winić. W sensie... Rozumiem, że każdy jest podekscytowany nowym związkiem i to jeszcze takim, w obcym kraju i w ogóle. A ja, jako jej przyjaciółka, czyli najbliższa osoba poza nim i poza rodziną, byłam prawie że jedyną osobą, która mogłaby tego słuchać. Mój ból o niego nie tyle jest bólem o niego, jak o nią? Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale z jej opowieści to naprawdę miły chłopiec. Bardziej boli mnie to, że zmarnowałam swoją szansę, że moje wszystko potoczyło się tak, nie inaczej, że po prostu wypuściłam ją z rąk i tyle, koniec. Ale też wyobraziłam sobie, jakby to miało wyglądać w jej wykonaniu i w jej głowie - już raz ją zostawiłam, czemu miałaby próbować? Czemu miałaby infekować naszą relację romantycznością? I... czemu miałaby się starać? Wiele razy mówiła, że ona nie chce być tym, kto okazuje "słabość", atencję. ja też nie. I chyba dlatego właśnie ona jest z kimś, ja nie mogłabym być z nią i w ogóle nam się sypie.

To jest - przyjaźń chyba też nam się sypie. Jednocześnie myślę o niej BARDZO dużo i ze dwa razy mi się śniła (że tak powiem - LOL). Ale znów doszło do sytuacji, gdzie ona powiedziała, że ma dużo nauki + nie ma humoru i zauważyła, że ona mi tylko mówi o swoich problemach. Ale... Mnie nie przeszkadzała taka szczerość, chciałam jej pomóc. Ale ona zamiast tego stwierdziła, że przez tydzień nie będzie do mnie pisać, tzn. po prostu to zrobiła, nie pisała przez tydzień. pomyślałam wtedy - czy przyjaciel musi mieć dobry humor, żeby móc ci powiedzieć, że jakoś dycha? W jej wykonaniu chyba tak. Nadal mnie to boli. Nie rozumiem, co jest trudnego w daniu znać, co tam się dzieje, nawet w jednej lub dwóch wiadomościach.

Kiedy wróciła, powiedziałam jej tak po ludzku, tak normalnie, że było mi trochę przykro. A ona znów mówiła, że nie miała nastroju i czasu, i nie chciała mi smęcić. Znów miałam ochotę powiedzieć "od tego są przyjaciele, SMĘĆ MI ILE WLEZIE", ale wiecie co? Poddałam się. Nie chce, to nie. Ja chyba nie nadaję się do przyjaźni, do relacji w ogóle, do rozmowy, do niczego. Nawet nie umiem się postarać. Pogadałyśmy troszkę, potem kolejnego dnia jej powiedziałam, że się brat z rodziną do nas wprowadza, a kolejne 2-3 dni prowadziłyśmy gadkę-szmatkę w prędkości jedna moja wiadomość na dzień, jedna jej. Nie żebym to ja była ostatnią, która odpisuje.

Ale jestem zmęczona bieganiem za ludźmi z wywalonym jęzorem. Strasznie mnie wtedy to dobiło - pamiętam, jak jeszcze z miesiąc temu niesamowicie się w tę przyjaźń angażowałam, rozmawiałam z nią każdego dnia (w zdrowych ilościach, bez zmartwień), a kiedy nie mogłam, było mi smutno. Dzieliłyśmy się bzdurami i nie-bzdurami. A jak ja teraz, kiedy nie gadamy, mogę nagle wypalić "ej, ale super rzecz jadłam na śniadanie"! Nie mogę. I w takich sytuacjach nie gadamy, bo całe moje życie wydaje mi się błahe, bardzo błahe. A znowu - mówienie o moich zmartwieniach nie wchodzi w grę, skoro ona nie może o swoich. Nie będę jej przecież tak wykorzystywać, jak jakiegoś manekina, skoro jej się to nie podoba. Nawet ostatnio rozmawiając powiedziała, że miała ochotę się komuś wygadać, ale to powstrzymała. Ja odpowiedziałam "to jestem dumna, zawsze lepiej spróbować najpierw poradzić sobie samemu, póki można", jakoś podskórnie wiedząc, że to nie do końca tak. Odpowiedziała, że może, ale nie do końca się zgadza. Ja zażartowałam, że hej, chciałam tu cię pochwalić i podnieść na duchu! To ona odpowiedziała, że niee, spoko, chciała po prostu dać mi znać, że mogę jej się zawsze wygadać. Ale pomyślałam "nie, nie mogę", bo nie będę się otwierać przed kimś, kto nie chce otwierać się przede mną. Rozumiecie to, prawda?

A takim sposobem umierają wszystkie nasze rozmowy. Miałam ochotę jej powiedzieć "przecież ty nie chcesz wygadać się mi!", ale powiedziałam coś w stylu "pewnie, jak będę potrzebować, będę o tym pamiętać". Dupa, że tak powiem. Dystans się buduje taki, jak wtedy, kiedy zaczęłyśmy rozmawiać po przerwie. Bo nie ma o czym gadać, bo głębokie rzeczy skrywamy, a proste mnie osobiście wydają się zbyt błahe, żeby nimi zaprzątać jej zajętą głowę.

Jest mi przykro. Każdego dnia o tym myślę. Jestem lub byłam zauroczona, jeszcze nie wiem i to naprawdę przykre, że teraz czuję się, jakbym właśnie przeżyła kolejny "heartbreak". Zaczęłam ostatnio słuchać Ralpha Kamińskiego. Kosmiczne Energie i Wszystkiego Najlepszego... BOŻE, jak to idealnie oddaje to, co czuję do niej. Czuję, czułam. Słuchałam tego te kilka dni temu i łzy mi ciekły po policzkach. Nienawidzę siebie za to, że jak mi zacznie zależeć na człowieku, to tak na całego, tak do upadłego, aż mi rozrywa serce. Ralph, kocham cię za poruszanie strun.

A z drugiej strony czuję ulgę. Chyba chcę przestać z nią rozmawiać. To boli, ale mam wrażenie, że ta toksyczna ja tak bardzo chce ją na przyjaciółkę, że nigdy nie będzie miała do niej zdrowych uczuć. Nigdy nie będzie się czuła dobrze, nie pisząc z nią tydzień. Nie będzie cieszyła się rozmowami o jej związku. Jestem samotna i potrzebuje ludzi, oczywiście - ale nienawidzę tego bólu, który czuję, kiedy chcę kogoś mieć i nie mogę. Kiedy chcę komuś okazać więcej uwagi i miłości niż innym, ale nie mogę. Znowu. Chcę czuć się wolna i nie cierpieć przez ludzi. A najlepsze i najgorsze jest właśnie to, że to jest taki fajny człowiek. Podobnie myślący, podobnie zagubiony... Niektóre nasze rozmowy mnie niesamowicie rozwinęły. Ale mam dosyć cierpienia serca w moim życiu. Ona i tak wróci do tamtego kraju i znów będziemy przyjaciółkami na telefonie - może to wcale nie jest dobre rozwiązanie. Może lepiej po prostu odpuścić...

Bardzo mnie smuci to, że wiem, że jeśli ja odpuszczę, to ona nie będzie walczyć. I że to moja wina, bo to ja już raz ją zostawiłam. Wszystko i tak ostatecznie będzie moją winą. I znowu, ktoś zniknie z mojego życia, ale ja będę musiała żyć z dziurą w sercu, której nigdy nie załatam. Tak, jak nie załatałam po tym pierwszym razie, nadal, nawet kiedy rozmawiałam z nią codziennie, już nie mogę tego załatać.

Rozmawiam sobie czasem z dziewczyną z grupy z dA. Jest bardzo miłą osóbką, strasznie mi było miło, jak mnie pytała, jak się czuję, kiedy byłam chora. (Ironio, akurat wtedy moja przyjaciółka miała tydzień nie-pisania-do-mnie) Nadal do mnie pisuje tamta dziewczyna, jakieś żarciki, jakieś "No i jak tam zdrówko??" a ja do niej z zapytaniami, jak jej idą egzaminy. To nie są całe dnie, to nie umieranie za rozmową z nią, ale to takie przyjemne. W sensie mieć takiego małego, internetowego "ziomka". Miła dziewczyna, która też nie ocenia mnie po moich rysunkach. Bo wiem, że inni nie chcą za bardzo ze mną gadać, bo nie jestem znana i nie rysuję jakoś cudownie. Typowy świat dA, instagrama i "artystów".

Ostatecznie ostatnio dotarło do mnie, że prawdopodobnie teraz to serio już na zawsze będę sama, nigdy się nie zakocham i tfu, kto miałby spojrzeć na mnie. I też sobie popłakałam. Próbowałam znaleźć plusy takiej sytuacji, ale nie widzę ich, bo praca, życie, wszystko raczej maluje się negatywnie. Uciekam w pasje, ale to nie może trwać wiecznie.

Próbowałam nawet tej głupiej apki na t. Żenua. Gadałam nawet z kilkoma dziewczynami, wszystkie były sympatyczne, ładne. Ile ładnych dziewczyn tam w ogóle widziałam i nawet mnie "wybrały"... Szok. Ale niedługo po tym odinstalowałam, mimo gadania z jedną laską - to poznawanie się niezręczne, zadawanie pytań, silenie się na tematy, nie mam na to siły. W sensie nawet z laską z grupki na dA mi się lepiej gada, bo już na start mamy wspólne tematy. A tam? To gadanie z laską, która potencjalnie mi się podoba i teraz czas na silenie się na bycie ciekawym. Ni mam siły.

No i co, jak tu być przez kogoś lubianym, jak nawet się, kurna, nie postarasz? No nawet się nie staram, totalnie. Chciałabym, żeby kiedyś ktoś postarał się minimalnie o mnie. Not gonna happen.

Zaraz wjedzie znowu Ralph. Chciałabym swoją drogą iść na jego koncert w Krakowie, ale nie mam z kim. Kusi, żeby napisać na insta: "kto z Krakowa pójdzie n Ralpha"?, ale się boję dwóch rzeczy - że wyjdę na desperatkę, oraz że ktoś się zgłosi i wtedy będę musiała jednak znosić kogoś bardziej awkward niż ja.

Boże, jakim ja jestem unfriendly człowiekiem. A jednocześnie nawet nie wiecie, jak niesamowicie friendly zawsze się staram być. Myślę, że jestem odbierana jako miły człowiek, któremu można się wygadać, tego nikt mi nie może odebrać.
  • awatar (nie)żyjąca: @Mokolet: dzięki! Dużą przyjemność sprawiłeś mi tym komentarzem, tzn. wzmianką o pisaniu. Nieraz miałam marzenia o tym, żeby pisać coś, co ludzie chcieliby czytać. Może uda się w przyszłym życiu. : D I dziękuję za miłe słowa. Masz rację. Jedynie całą teorię, którą wiem, jest mi straszliwie ciężko wcielić w życie. Myślę, że daję sobie wejść na głowę przez zbyt wiele problemów.
  • awatar Mokolet: Pięknie piszesz, masz fenomenalny warsztat! Gratuluję :) Poruszyłaś tak wiele wątków, że aż nie wiem co napisać. Czytając Twoje wpisy myślę sobie, że bardzo bym chciał, abyś w końcu była szczęśliwa. Aby odkryć swoje szczęście musisz koniecznie zrozumieć czym tak naprawdę jest dla Ciebie poczucie szczęścia i czy przypadkiem powody, które Cię przygnębiają rzeczywiście mają aż tak wielkie znaczenie. Jeśli pragniesz zmian w swoim życiu, sięgnij po nie. Przekonaj się co ma wartość, a co jest jedynie iluzją.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dotarło do mnie, że może powinnam pisać tutaj o czymś więcej, niż tylko moich miłosnych utarczkach i nieszczęściu. Tylko nie wiem, czy potrzebuję; jest tyle innych nieszczęść, o których mogłabym mówić, że samo to mówienie właśnie niepotrzebnie by mnie dobiło. Ale może kiedyś w końcu coś dobrego mnie spotka? Może mogłabym opowiedzieć o jakiejś jednej pozytywnej sytuacji? Byłoby naprawdę ciekawie. Nie jest TRAGICZNIE, ale nie jest dobrze i trochę się czuję zduszona w tym moim świecie. Jednocześnie zbyt leniwa, żeby walczyć, żeby być mniej zduszoną. Muszę przestać robić tak dużo dla ludzi, a zacząć robić dla siebie. Może jutro spacer wcześnie rano, co wy na to? Why not?
  • awatar Pantokratorka: W razie awarii, gdy w samolotach uwalniane są maski tlenowe instrukcja mówi, żeby najpierw założyć maskę sobie, a potem pomagać innym, np. dzieciom / tym, co nie ogarniają jak to zrobić. Robienie rzeczy dla siebie widzę podobnie :) Jak Ty czujesz się lepiej, to korzystają na tym wszyscy wokół
  • awatar (nie)żyjąca: @Mokolet: To nie jest głupi pomysł! Ale akurat będąc lekką egoistką stwierdzam, że już za dużo poświęciłam innym ludziom. tzn większość moich bliższych relacji była typu "jestem pieskiem ganiającym za tobą" i jakoś mam dosyć. To oczywiście inna forma pomagania ludziom niż wolontariat, ale tak gwoli ścisłości. Chociaż pieskom nie powiedziałabym nie, już dawno miałam się czymś takim zainteresować...
  • awatar Mokolet: Z robienia dla innych można mieć dużo większą satysfakcję, niż z robienia dla siebie. Lenistwo z kolei trzeba wyleczyć. I warto otaczać się miłymi ludźmi. Może jakiś drobny wolontariat na poczet zwierząt albo seniorów?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Dzisiaj była na prawie że całodniowej randce z chłopakiem i podobało jej się. Jest pozytywnie nastawiona, podekscytowana. No cóż... Nie sądziłam, że tak szybko dowiem się, że nie mam szans, ale wiecie co? To chyba i lepiej. Bo muszę, potrzebuję przestać o niej myśleć w inny sposób niż o przyjaciółce. Nie chcę kolejnego bagna. Boję się. Chcę móc polegać na moich przyjaciołach, jeśli w końcu ich mam...

Ale czuję się samotnie. To serio zaczyna doskwierać. I zazdrość, nie tylko o niąnią, ale też o to, że ja tutaj nie mam nawet nikogo w moich myślach. (poza nią, ale tego jej powiedzieć nie mogę)

Żałuję momentu, w którym odkryłam, że coś można czuć do drugiej osoby.
  • awatar Pantokratorka: @(nie)żyjąca: super, że udało Ci się nabrać nieco innej perspektywy! Zobaczyć horyzont ponad tą sprawą c:
  • awatar (nie)żyjąca: @Pantokratorka: Jejku, dziękuję Ci za ten komentarz. Poczułam coś, nie wiem co, ale ruszyło mnie, że nie mogę tak się jej kurczowo trzymać, a uruchomić moją zazdrością jakąś machinę. Chciałabym bardzo, chociaż jeszcze nie wiem, jak. Chciałabym, żeby ktoś tę ekscytację wzbudzał i to nie była ona właśnie! Zobaczymy. To, że chcę, znaczy, że jeszcze ze mną nie jest najgorzej. Oby!
  • awatar Pantokratorka: Zazdrość to coś, co popycha w dwie strony - albo zaczynasz być fanem, albo zaczynasz nienawidzić. Jak nienawidzisz, to się zwyczajnie męczysz, cierpisz, odcinasz od świata. A jak przyznajesz, że lubisz, imponuje ci, też byś chciała, to sprawiasz, że zaczynasz przyciągać podobne rzeczy. Otwierasz się na świat i świat otwiera się na Ciebie. Fajnie, że czuje ekscytację. Że ma pozytywne doświadczenia. Jak chcesz zagarniać pozytywy tylko dla siebie, to tworzysz zator na rzece, który bez kontroli zaczyna się wylewać na wszystkie strony. A jak wprawiasz energię w ruch, to szybciej odnajdujesz to, czego szukasz. Byłoby fajnie, gdybyś też spotkała kogoś kto wzbudziłby w Tobie ekscytację. Może ta osoba już gdzieś jest :) I może ma nieco inny zasób niż ten, który poznałaś, a który też może okazać się istotny :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Powiedz mi, jak mam w to wszystko uwierzyć
Powiedz mi
Jak wierzyć.

Słucham sobie mojej kochanej Beatki Kozidrak i myślę, że lepiej by było mieć na niej krasza, nie na kimś innym. Szkoda, że Beatka teraz już dla mnie za stara, hm?

Żmija napisała do mnie kolejną wiadomość. Najpierw na urodziny, jeden sms, "wszystkiego najlepszego". Nie poddaje się. I teraz, kilka dni temu - wysłała plik AUDIO. W którym mówi do mnie. Jak u niej cudownie, jak ma faceta, jak ścięła włosy i jest wegetarianką, jak się zmieniła i całe jej życie. Na lepsze. Ma super pracę. I chce się ze mną spotkać. I "nie podda się, dopóki się nie spotkamy". Aż się z tego śmiałam. Że chce porozmawiać na neutralnym gruncie, bez tych wszystkich emocji między nami. Że nigdy nie mówi o mnie do RAFAŁA źle.

Odpisałam jej pierwszy raz. Pasywno agresywnie; że nie spotkam się z nią, nie chcę i jeżeli chce coś powiedzieć, niech napisze to w jeszcze jednym mailu i zniknie.

Odpisała. Jak? Przestało być słodko pierdząco; widziałam, że moje podejście zmieniło jej podejście w sekundę. Napisała "Jeżeli ktoś się trzęsie, gdy ma cię dotknąć, prawdopodobnie się ciebie brzydzi." mając na myśli mnie. Oczywiście jak zwykle, że żałuje tych 6 lat, że tylko dlatego jest wdzięczna, że ją zostawiłam i poznała Rafała. I kilka innych gorzkich słów. A następnie drugiego maila. Z jeszcze większą ilością gorzkich słów. Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym się z nią spotkała i gdyby powiedziała mi to w twarz? Zwabiła mnie. Odpisałam, że brak mi słów na to, jaką jest manipulantką i tyle.

Było ciężko. Ale mam przyjaciółkę, tę, którą zostawiłam lata temu dla Żmii, tę, którą odwiedziłam i było miło. Rozwinęła się troszkę ta przyjaźń i jestem bardzo wdzięczna. Pomogła mi jakoś przejść powrót do przeszłości z tymi mailami.

Tęsknię za czasami, kiedy była mną zauroczona... Bo teraz ja jestem nią, ale minął czas i czuję, że nie mam szans. Ma teraz w głowie jakiegoś chłopca. I nie jestem zła. Jestem oczywiście w środku zazdrosna, ale nie pozwolę na to, żeby taka toksyczność jak kiedyś ze Żmiją, wkroczyła do tej relacji. Muszę uważać, żeby tego nie rozwalić.

Ale pomyśleć sobie, że kiedyś, gdybym została z nią, coś mogłoby z tego być. Może teraz byłybyśmy razem? Straszną mam o to sól. Jej o tym mówię w kategoriach przyjaźni oczywiście, ale wiele razy mówiłam, że żałuję i nie wybaczę sobie tego. Teraz jestem na dziwniej fali myślenia tylko o niej. Nie cierpię tego, ale myślę, że z czasem mi przejdzie. Kłócę się w sobie między próbowaniem i sugestiami, a między całkowitą rezygnacją. oczywiście, powinnam zrezygnować, jeśli będzie miała faceta. Ale do tego czasu...? Nie wiem. Mimo to, nawet jeżeli uczucie miałabym w sobie zdusić, jestem wdzięczna za to, że nietoksyczna osoba jest w moim życiu i mogę o niej myśleć. I mogę z nią rozmawiać.
  • awatar Mokolet: @(nie)żyjąca: Moja Droga, zmianę to sobie trzeba zorganizować. Nic co dobre nie przyjdzie samo :)
  • awatar (nie)żyjąca: @Mokolet: Dziękuję Ci bardzo za wsparcie. bardzo czekam na jakąś zmianę, ale moje życie im nie sprzyja. Może kiedyś...
  • awatar Mokolet: Tak już jesteśmy skonstruowani, że tęsknimy za tym, co utracone bądź zakończone. Żyj tym, co jest ważne dziś i będzie ważne w przyszłości. Wyciągnij ze Żmii lekcję, dzięki której w przyszłości będziesz w końcu szczęśliwa :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Z serii słowa do żmii, których nigdy nie wyślę, bo nie chcę się tykać gówna. Mam tego dużo, jedno z nich. Dzisiaj, bo wariuję właśnie:

Kurwa jego mać. Mam wrażenie, że ja się NIGDY od ciebie nie uwolnię. Mam dosyć pamiętania o tobie i tego, że ciągle gdzieś mi stajesz w mojej głowie na drodze. Ale ty mi zjebałaś życie, ja pierdolę. Jestem u pani Basi i dostaję spazmów na myśl, że tu będziesz, że mogłabym cię minąć, niedobrze mi, ciśnie mi na pęcherz. Tak strasznie mi siadłaś na psychikę. Obrzydza mnie spanie w pościeli, w której mogłaś spać. A do tego ty jak jakaś psycholka dalej do mnie piszesz, nie widząc, że mam cię w dupie i mam na ciebie wyjebane. Nie pisz do mnie nigdy więcej, co? Po chuj ci to? Zdumiewa mnie, że nagle dla kogoś innego umiesz być aniołkiem, spokojna, uprzejma. Ale mnie niszczyłaś i traktowałaś gorzej niż sukę. Najpiękniejsza, najidealniejsza, lepsza ode mnie. A ja takie popychadło, od którego można tylko wyciągać pieniądze. Ile ja lat życia na ciebie zmarnowałam, rzygam tym. Jesteś złym człowiekiem. Manipulantką, wychowaną z wilkami toksyną i kretem. Gdyby nie ty, może moje życie by było normalnie.

Proszę kurwa, zniknij z moich wiadomości i z mojego wszystkiego. I zostaw tę Bogu ducha winną Basię, bo rzgnę po prostu. Jesteś tak kurwa cwana, że aż mi żal ludzi wokół ciebie.
 

 
Boże Boże Boże Boże. Czemu czuję się tak gównianie. Jest raczej "normalnie", a ja czuję się gównianie. Ale jestem trochę samotna. Co za gówno...

Płakać mi się chce i wyjść z domu, i iść.

Czemu potrzeba bycia czyjąś ulubioną osobą lub pierwszym wyborem jest tak silna?

A może nawet drugim wyborem? Chociaż...
 

 
Od dłuższego czasu chcę tu coś napisać, ale ten incydent nadal we mnie tkwi. Ten sprzed dwóch postów... Wiem, to głupie. Ale to moje bezpieczne miejsce. Jednocześnie zawsze chciałam, żeby ktoś mnie tu zauważył, nawet przez przypadek.

Tym bardziej, że mogłabym to tak ładnie opisać... "I feel like a clown." Z tamtego zauroczenia zostały wspomnienia. Mimo wszystko uznałam różnicę wieku za coś nie do przejścia, zauważyłam, że umysły takich dwóch osób nie mogą się zgrywać. To po prostu niemożliwe. Stara baba ze stanami depresyjnymi nie powinna pociągać na dno dziewczyny wchodzącej w dorosłość. Poza tym... Miała dużo wad. Odpuściłam zupełnie i nie jestem dumna z tego, w jaki sposób ucichłam, ale zrobiłam to dla naszego wspólnego dobra. Dałam jej możliwość poznawania ludzi jak ona... Piękne, prawda?

Mam wrażenie, że widzę w ludziach zbyt wiele wad. Że tak naprawdę już nie ma człowieka dla mnie, nie dogodzi mi nikt. Jednocześnie fiksuję się na ludziach; pojawiła się we mnie ta dziwna desperacja, gdy znajdujesz kogoś choćby trochę miłego i czepiasz się go, jakby był ostatnim człowiekiem na ziemi.

Będąc z Anią, jak wiecie, zapomniałam o całym świecie, całym życiu, wszystkich ludziach. Nawet wspominałam tu o dziewczynie, o której będę pisać; przyjaźniłam się z nią, kiedy zaczęłam rozmawiać z Anią. Ale tak wkręciłam się w znajomość z Anią. A ona? Oczywiście była zazdrosna o tę przyjaciółkę. I zerwałam z nią kontakt, chociaż to bardzo bolało. Zrobiłam to na siłę, dla Ani.

Ta przyjaciółka była jedyną osobą, która kiedykolwiek mi powiedziała otwarcie, że się we mnie zauroczyła. Wiem, głupie, że o tym myślę i to pamiętam... Głupie, bo byłyśmy strasznymi smarkami. (jesteśmy w tym samym wieku) Ale to było dla mnie ważne. To osoba, która praktycznie nigdy nie doprowadziła mnie do żadnego skraju, która nigdy nie sprawiła mi takiej przykrości, jak inni.

Wciąż nie rozumiem, jak mogłam ją tak odrzucić. Żałuję. Wiem, nie powinno się żyć przeszłością... Ale myślicie, że JA będę żyć przyszłością? Ha, czeka mnie pewnie gówniana praca w supermarkecie i niekończący się codzienny płacz, może lepiej myśleć o przeszłości. Zwłaszcza o tych miłych rzeczach, hm?

Od kiedy nie rozmawiam z Anną-harpią, zdążyła napisać do mnie trzy maile. W jednym z nich nawet zaproponowała spotkanie "bez tej całej toksyczności" czy coś takiego, bla bla bla. Nie odpisałam na żadną. Wszystkie były moim zdaniem bezczelne, opisujące jej życie, to jak jej cudownie teraz, robiła sobie z mojego maila coś w rodzaju pamiętnika... Obchodzi mnie jej życie i nie obchodzi jednocześnie. Nie przepadam po prostu za bezczelnością.

Wracając do tematu tamtej przyjaciółki... W czasie studiów jakoś tak wyszło, że studiujemy w jednym mieście (oczywiście za dzieciaka to była przyjaźń internetowa, a jak), no i jakoś tak stwierdziłyśmy, że się spotkamy. Z czasem spotykałyśmy się więcej... Jest kochana, jest naprawdę dobrym człowiekiem, którego chciałabym mieć przy sobie. Wiem, że to niemożliwe, że to stracone, że już nie ma tej iskry (być może...), że ona pamięta i generalnie nie może być tak, że czegoś chcę i to mam. Mimo wszystko spotkania z nią były bardzo beztroskie i miłe i na pewno je zapamiętam jak najlepiej. Może staram się za mocno, może czasem to widać... Na pewno to widać. Po prostu nie chcę jej zawieść, nawet jeżeli jesteśmy tylko koleżankami.

Ostatnio mnie zaprosiła do siebie; uważam to za najmilszą rzecz na świecie. Odwiedziłam ją, zwiedziłyśmy jej okolice i to wszystko było takie... Miłe. Jej rodzice? Niebo a ziemia przy dziwacznych rodzicach Ani. Wiem, nie powinnam ich porównywać, nie o to chodzi, to nie to samo... Ale miałam tylko doświadczenia z tymi "złymi" rodzicami i naprawdę NIE DA SIĘ tego nie porównywać. Padło wiele miłych słów. Dostałam od niej na koniec prezent, bardzo ważny dla mnie prezent i miałam tak bardzo ochotę ją przytulić, ale nie zrobiłam tego. Trochę żałuję, trochę wiem, że nie mogę szaleć i pozwalać sobie na takie emocje.

Wróciłam od niej wczoraj. Mam nadzieję, że niedługo odwiedzi i mnie! jest zaproszona, musimy dogadać termin. Wciąż nie wiem, co i kiedy do niej pisać, tak jest od zawsze, już się pogodziłam z tym, a jednocześnie to chyba całkiem normalne. Zawsze się martwię, że jestem denerwująca. Nie lubię się narzucać. Ludzie są zajęci.

Wróciłam do domu, już zdążyłam dzisiaj płakać, co prawda przy filmie na youtubie, w którym jakaś pani opowiada o doświadczeniach po samobójstwie jej syna. Połączyłam to z moją mamą. najgorsze jest to, że ja się użalam nad SOBĄ, nie nad innymi. O wszystkim myślę w kontekście siebie samej. To trochę obrzydliwe. Ale zawsze byłam obrzydliwa w głowie, kogoś to dziwi? Jest mi trochę samotnie, najchętniej bym pospała i to tyle.

Nie wiem, jak ja napiszę tę magisterkę. Jak zawsze - rzygam, kiedy myślę o pisaniu. Mogłabym pierdolić tutaj grube godziny, a napisanie dwóch stron magisterki to jak trwający 20 godzin poród. Odchodzę z pracy na te dwa miesiące, nie mam siły. A co potem...? Gdzie będę pracować, co będę robić? Boję się. Ciągle jestem dzieckiem. I tylko fiksuję się na ludziach, na sytuacjach... Przecież mam przed sobą życie, hm? Ale czuję się stara, smutna, zgorzkniała i już nic dobrego mnie nie czeka w życiu.
  • awatar (nie)żyjąca: @Mokolet: Dziękuję bardzo za komentarz. Na pewno spróbuję się rozejrzeć za tą książką! brzmi ciekawie.
  • awatar Mokolet: Szczęście z drugą osobą będzie możliwe dopiero, kiedy zaakceptujesz i pokochasz siebie. Bez tego żadna relacja nie będzie miała szansy na powodzenie. Znajdź chwilę na książkę pod tytułem "Prawdziwe źródło uzdrowienia", której autorem jest Tenzin Wangyal. Jestem przekonany, że znajdziesz w niej coś dla siebie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Od ostatniego wpisu i anonimowych komentarzy, nie czuję się tutaj już za bardzo swobodnie. Nie mam nic przeciwko obserwowaniu mojego bloga nie mając konta, ale nie oczekiwałam, że nawet tutaj będę przejmować się tym, co ludzie mówią. Ja chyba w ogóle powinnam trochę przestać się przejmować ludźmi.
Ale jest ciężko. Nie mając przyjaciela, trudno nie chcieć go mieć; jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest się beznadziejnym materiałem na takowego. Ile razy mam kogoś znajomego, nie potrafię się do niego zbliżyć wystarczająco. Najgorzej, że właśnie do takich ludzi mnie przyciąga... poniekąd podobnych do mnie, którzy też nie wiedzą, jak działa przyjaźń. Ja się wycofuję ze strachu, oni się wycofują, nigdy nie może dojść do tego, byśmy się bardziej zbliżyli i zaufali. A może oczekuję zbyt wiele. Może właśnie nie posiadanie takiej osoby, z którą można pogadać o wszystkim, to dobra rzecz.
Bo z drugiej strony zawsze sobie myślę, że nie chciałabym tych ludzi zatruć. Moim podejściem, moim nastrojem... Nie chcę nikomu zaszkodzić. Ale wciąż gdzieś w głębi chcę mieć kogoś takiego. Nawet nie związku, ale przyjaciela. Ale nie da się być tak zamkniętym jak ja i oczekiwać, że ktoś cię otworzy i wykopie spod tej całej ziemi. Kiedyś myślałam, że tak może być... Ale żeby coś mieć, trzeba się bardziej starać, a ja nie mam siły i odwagi.
Ostatnio czuję się naprawdę kiepsko. Mam pracę magisterską do napisania, ale jak na nią patrzę i myślę, to chce mi się płakać i ogarnia mnie niemoc. Zresztą... Cała jestem w niemocy, najchętniej bym się położyła i nie wstawała. Wszystkiego się boję. I mam już dosyć tych wszystkich chamskich ludzi.
Nienawidzę mojej pracy...
Nie mam siły po prostu. I oddaję się tylko temu, co przyjemne. Zarastam.
 

 
Chyba się lekko zauroczyłam. I jak zwykle w baaaardzo złym miejscu, w nie tej osobie, w której powinnam i w ogóle najgorzej. Nawet żal mówić. Na szczęście to tylko niewinne zauroczenie, które nigdy spełnione nie będzie, ale jednak... Nie lubię o tym myśleć. Strasznie mnie to wnerwia. Nie mam na to siły!
  • awatar (nie)żyjąca: @gość: Przy okazji wyłączyłam anonimowe komentarze. Masz przestać tu zaglądać.
  • awatar (nie)żyjąca: @gość: Usunęłam twoje komentarze, bo były obrzydliwe. Osoba MŁODSZA =/= dziecko, a jak widzisz, nie pisałam ile ma ona lat. Po drugie: powiedziałam nie życzę sobie? Więc sobie nie życzę. pa pa
  • awatar Mokolet: @(nie)żyjąca: Szkoda nerwów, nie ma lekarstwa na taką nienawiść. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (13) ›
 

 
Ale. Mnie. Wszystko. Wkurwia.
  • awatar Gość: @(nie)żyjąca: brzydzę się małostkowością, dlatego tu jestem. Byłem też wcześniej jakoś ostatnio aktywnie 108 dni temu. Do dziś bardzo mnie intrygujesz i stąd ten niestety niefortunny sposób na próbę poznanie Cię jeszcze bliżej. Przepraszam, to tak dla głębszej analizy. Z Twojego punktu widzenia to błąd? Tak rozgryzać kogoś? Warto?
  • awatar (nie)żyjąca: @gość: poza tym ciekawi mnie po co w ogóle zaglądasz na mojego bloga i komentujesz z anonima takie dziwnie śmieszkowe komentarze (wyraźnie zaczepne), a potem nagle walisz egzystencjalnymi dywagacjami, ale każdy ma inne hobby :p
  • awatar (nie)żyjąca: @gość: tak, tylko zarzucasz mi zerojedynkowość, gdzie ja wyraźnie mówiłam o Bogu, a nie o jakichś bytach z kosmosu. I wybacz, ale ten blog jest po to, bym mogła odreagować i dzielić się moimi uczuciami, a nie dywagować czy Bóg istnieje czy jakaś inna istota. I wierz mi, rozmawiam z bliższymi osobami na miliony tematów, a tu piszę o tych najgorszych, najbrzydszych, bo wiem, że z nikim nie mogę o nich rozmawiać, a tu nikt ich nie zobaczy prócz jakichś anonimowych osób, które nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Dlatego - według mnie Boga nie ma, może coś innego jest, nie mnie to oceniać i pozwólmy każdemu mieć swoje zdanie. No i skoro uważasz, że masz swoją piwnice i masz co żreć i to ci wystarczy (uwaga: ironia), to super, ja nie, w razie czego jak masz ochotę mnie zaszufladkować po kilku komentarzach w Internecie, których nawet nie miałam ochoty pisać, bo nie o to się rozchodziło od początku.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Dzisiaj przypominam sobie o wszystkim i znowu płaczę. Słucham piosenek, które wtedy były dla mnie ważne i widzę to od nowa... Widzę, jakie to wszystko było okropne, ale jak mocno byłam od tego uzależniona. I użalam się nad sobą. Biedna Madzia. Biedna Madzia, że musiała przez to przechodzić.
  • awatar (nie)żyjąca: @LonelyDeer: Z jednej strony chcę powiedzieć "o nie jestem sama", ale mam nadzieję, że u ciebie niedługo będzie lepiej!
  • awatar LonelyDeer: Jak ja to znam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jestem w rozsypce. Już nie wiem, co czuć. Oczywiście Ania nigdy nie wróci i... Ale nie wiem czemu, ciągle sobie o tym przypominam. I mnie boli. Boli mnie moje zmarnowane życie. Chcę być znowu nastolatką i móc przeżyć te wszystkie rzeczy jeszcze raz... Czemu to niemożliwe? Czemu nie mogę przeżyć czegoś pozytywnego? I mieć obok miłą, dobrą osobę? Być lubianą tak szczerze? Potrzebuję tego...

Co ma sens, jeżeli nie mamy wokół siebie ludzi? Czy coś ma sens? Oprócz materializmu i pieniędzy? Nic...
  • awatar muskaryna: @(nie)żyjąca: Hahah! Dlatego ja też wszystkie pousuwałam. Nie mogłam patrzeć na to, jaka byłam żałosna. Tak jak już mówiłam - jakbyś chciala pogadać, czy cos, to priv, czy tutaj, zwykle zaglądam dość czesto na pinga jeszcze :D
  • awatar muskaryna: @(nie)żyjąca: Ja sobie też plułam w twarz, że JAK MOGŁAM BYĆ TAKA GŁUPIA. Szczególnie wtedy, gdy już w miarę się wyleczyłam z tej znajomości. Wtedy to bardzo cierpiałam i się wkurzałam, że dałam się wciągnąć w taka chorą sytuacje. I taak. Ukształtowało mnie i to bardzo. Czy to lepiej? Czy gorzej? Nie wiem sama. Ale wiem, że teraz mam wysokie wymagania nie tylko, co do moich znajomych, ale również i siebie. Ktoś mnie krzywdzi i nie czuje sie z tego powodu winny tylko odwraca kota ogonem? Cóż - tam są drzwi. Bolą dalej takie sytuacje, ale z coraz większa łatwościa udaje mi sie wyplenić osoby, które sprawiałyby, że byłabym smutna. I myśle, że gdyby nie ta sytuacja, która przeżyłam, nie byłabym w stanie teraz tego robić, bo mam za miękkie serce. Ale za każdym razem, jak teraz stoje przed dylematem, czy machnąć ręka na czyjes powtarzajace się zachowanie, czy po prostu skreślić tą znajomość, to przypominam sobie ile bólu, nerwów i płaczu kosztowalo mnie takie machanie ręką.
  • awatar (nie)żyjąca: @muskaryna: Powoli skupiam się na tym, co tu i teraz. Mam wspomnienia, kiedy jestem wściekła i te, kiedy jest mi smutno i płaczę, ale to nic. Kiedy przypominam sobie, jak złą osobą była, czuję satysfakcję, że jakoś sobie z tym poradziłam, nawet jeśli trwało długo. Nie polecam poprzednich wpisów : D rzygać mi się chce, jak patrzę na niektóre słodko pierdzące teksty, ale tak to jest, jak się jest zakochanym i zrobiłoby się dla kogoś wszystko. I ja serio wierzę, że czas jakoś to uleczy, nawet takie gadanie... jest prawdą. Wydajesz się naprawdę mądrą osobą i myślę, że nawet jeśli przeżyłaś coś jak ja i ciągle masz sól na końcu języka, to poniekąd ta sytuacja ciebie ukształtowała. tak jak i mnie. Więc... Coś wyszło nam na plus. Serio dzięki i wow, na pingerze ludzie komentują z sensem. Buźki!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Toksyczny człowiek, toksyczna miłość, toksyczna przyjaźń

Poznałam Anię, kiedy miałam 16 lat (teraz mam 23). Odkąd pamiętam fascynowałam się mangą i anime, poznałyśmy się właśnie poprzez czat inspirowany czatem z jednego anime. Lubiłyśmy te same postaci, zaczęłyśmy pisać na tym czacie, umawiać się na konkretne godziny, potem na GG i w smsach. Pisałyśmy opowiadania o tych uwielbianych postaciach, pisałyśmy razem na forum o nich. Nie wiem, jak to się stało, ale w pewnym momencie przez te wspólne zainteresowania zaczęłyśmy pisać ze sobą całe dnie, miesiące mijały, a my, choć dziecinnie i infantylnie, stwierdziłyśmy, że się w sobie zakochałyśmy i że „jesteśmy razem” Może to głupio teraz brzmi… Mijały miesiące, ciągle ze sobą rozmawiałyśmy, pokazywałyśmy sobie zdjęcia, opowiadałyśmy sobie o życiu prywatnym; ale już wtedy widziałam, że chcemy spędzać ze sobą (w Internecie oczywiście) KAŻDĄ wolną chwilę. Pojawiała się zazdrość o realnych znajomych, choć niewielka…
Tutaj warto wspomnieć o kwestii homoseksualnego związku. Ania jakby…powtarzała mi, że mnie kocha, że chce móc być ze mną normalnie, ale jednocześnie tłumaczyła, że to nigdy niemożliwe, że będziemy musiały to na zawsze ukrywać, że ona chce mieć męża, dzieci. Była rok młodsza ode mnie, oczywiście, że nie oczekiwałam niczego otwarcie! (choć w głębi serca bardzo pragnęłam być z nią na zawsze, pf) Powiedziałam jej, że jeśli kiedykolwiek się w kimś zakocha, niech się mną nie przejmuje. Przekonałam się, że była kochliwa: na przestrzeni jakichś dwóch-trzech lat licealnego życia zdążyła się zauroczyć w około czterech osobach, może więcej. Lubiła flirtować, tak z chłopakami, jak z dziewczynami, była nawet w jakimś pseudo-związku dwa dni (ciągle jako niby-moja-dziewczyna, ciągle niby-mnie-kochając) i choć mówiłam jej, że to okej, bolało mnie to.
I właśnie po tych dwóch, może trzech latach widziałam rzeczy, które mnie w niej bolą. Ciągła koncentracja na sobie, mówienie w kółko o sobie i nie pytanie o mnie. Dodatkowo coś, co bardzo mnie bolało: szczerość ponad wszystko. Czyli – potencjalnie coś, co dla normalnego człowieka było bardzo oczywiście bolesne, ona mówiła, ponieważ uważała, że szczerość jest ważniejsza niż delikatność. Mówiła, że jestem leniwa, że powinnam uczesać się tak a nie inaczej, że mam męskie rysy twarzy (to samo figurę), że mam wszystko czego chcę – w tym czasie „niby” miała mniej pieniędzy ode mnie, ponieważ ja dostawałam rentę rodzinną, chciała nawet, żebym z niej zrezygnowała i żyła jak każdy, a nie „pasożytowała na naszych podatkach”. Czasem mi mówiła, że jestem za bardzo zahukana i pozwalam ludziom na wszystko. Z czasem mówiła gorsze rzeczy, ale to potem.
Żeby było bardziej jasne – moi oboje rodzice nie żyją, mama popełniła samobójstwo, kiedy miałam 12 lat, tata zmarł kiedy miałam 17 lat; całe życie pił i po prostu wysiadła mu wątroba, w szpitalu nerki i tak dalej. Może dlatego też nie jestem zupełnie „normalna”, tak jakbym chciała. Zawsze byłam bardzo nieśmiała i zahukana, czy z rodzicami, czy bez. Zmieniając szkołę z gimnazjum na liceum schudłam 15 kilo tylko dlatego, że tak się denerwowałam, że nie mogłam jeść. Zawsze bałam się ludzi, to znaczy kosztowało mnie wiele wysiłku udawanie, że jestem towarzyska, nie chodziłam na żadne imprezy, żadne spotkania, poniekąd też dlatego, że potem już się z Anią przyjaźniłam i nasza zazdrość z obu stron powodowała, że rezygnowałyśmy z życia towarzyskiego, a przynajmniej w jakiejś części. Choć zapewniałam ją, że nie mam nic przeciwko, by się spotykała z ludźmi, bolało mnie, kiedy wolała kogoś ode mnie. Ale może to brzmi, jakbym nie miała wtedy przyjaciół – a miałam! Kuzynkę w moim wieku, mieszkającą dom obok, znałyśmy się doskonale i była to normalna, „zdrowa” przyjaźń. Ania również o nią była zazdrosna. Krytykowała ją, nastawiała przeciwko mnie. Mam jamnika i nawet na niego mówiła, że jamnik to nie pies, bo jest tak nieokrzesany. Słuchałam muzyki, którą uważała za złą, twierdziła, że nie mam gustu i wszystko co lubię jest automatycznie marnej jakości. Kiedy podobało mi się coś, co jej dopiero się zaczynało podobać i dowiedziała się o tym, stwierdzała, że to jednak musi być kiepskie, bo ja to lubię. Brzmi koszmarnie, prawda? Kiedy zwracałam jej uwagę, mówiła, że przecież to tylko prawda, tak jest, a ja się uciszałam. Kiedy zaczynałam lubić to, co ona, oskarżała mnie o bycie kopiarą. Ona pisała opowiadania, ja rysowałam: porównywała to, mówiąc, że pisanie jest o wiele trudniejsze i nie ma do tego porównania i że powinnam ZAWSZE mieć ochotę rysować i nie mam prawa nie mieć weny, a jeśli nie mam, to jestem leniwa.

Ale to dopiero początek.
Ja nawet… Nie uważałam ją za mój ideał w wyglądzie, nie podobała mi się tak bardzo, ale moja miłość ją idealizowała. Mimo wszystko umiała powtarzać mi, że mnie kocha, że jestem kochana. Byłam gotowa zrobić dla niej wszystko. Wtedy myślałam, że to naprawdę moja największa i jedyna w życiu miłość. Kochałam to, że ktoś MNIE kocha, MNIE potrzebuje, że jestem dla kogoś wyborem numer jeden.
W końcu doszło do wyboru studiów i kiedyś , może rok przed tym, snując z nią plany (wspólne) na przyszłość, wymyśliłyśmy, że zamieszkamy razem w Poznaniu. Kolejną ważną rzeczą jest to, że ona miała do Poznania godzinę, ja 7 godzin, będąc z drugiego końca Polski. I ja tę myśl o Poznaniu tak trzymałam w sobie, aż doszło do wyboru. Nic mnie nie pasjonowało, oprócz rysowania. Wybrałam zatem to, w czym byłam dobra – kochałam język francuski, złożyłam zatem papiery na romanistykę. Ciągle byłam (i nadal jestem) bardzo niesamodzielna i jako że ta moja druga przyjaciółka (kuzynka, nazwijmy ją Ewa) musiała iść na studia do Poznania, poszłam tam z nią, w głowie mając, że jestem bliżej mojej wielkiej miłości i wreszcie ją spotkam. Miałam pieniądze po działce mojego taty, którą musieliśmy sprzedać miastu na drogę krajową, miałam pieniądze z renty i z rodziny zastępczej (moja babcia), nadal nie pracując. Uczelnia – UAM, studia niepłatne, dzienne. Dobrze się uczyłam w liceum.
I to się zaczął kolejny etap związku z Anią – wyrzygała mi wszystko. To, ze jestem bogata, że inni marzą o tym, żeby móc zrobić niektóre rzeczy, a ja ot tak jadę sobie 500 km od mojego domu na studia i wynajmuję pokój. Choć ją zapewniałam, że chciałam być bliżej niej, dlatego Poznań, wyrzygała mi, że po prostu całe życie idę za Ewą i zrobiłam to, żeby być blisko Ewy. Że jestem pasożytem żerującym na podatkach i powinnam iść do pracy i studiować zaocznie. I ja… Zaczynałam w to wierzyć, zaczynałam wierzyć, że jestem taka, a ona biedna musi siedzieć u siebie w miejscowości i dojeżdżać do Poznania. Wmawiała mi, że UAM to gówno, że romanistyka jest złym kierunkiem, nie muszę chyba mówić, że nienawidziła języka francuskiego? Kiedy ja go lubiłam. Bo brzmiał jak „rozmowa pijaków”.
Nie było mi dobrze na romanistyce i z wyrzutami Ani. W końcu nie wytrzymałam, jeden dzień zostałam w łóżku, długo z nią rozmawiając. Pytałam – co mam zrobić? Po prostu, zapytałam jej, co mam robić i bardzo chciałam, żeby powiedziała mi coś, co ją też zadowoli, żeby skończyła męczenie mnie dzień w dzień o to, jak okropną rzecz zrobiłam. Mówiła mi, że zostawiłam dziadków (bo mieszkałam już tylko z dziadkami w domu), że jestem bezduszna i niewdzięczna. Mówiłam jej, że mam mieszkanie, mam umowy przepisane na mnie, jestem tu i nie chcę stąd wyjeżdżać. W KOŃCU doradziła mi uczelnię prywatną, na której mogłam studiować grafikę i jeszcze się załapać na ostateczny nabór. I to chyba jedyna decyzja, z którą mi pomogła i z której jestem zadowolona (w miarę…), ponieważ rysowanie od zawsze było moją jedyną pasją. I tak też zrobiłam, zapłakana zadzwoniłam do babci, że zmieniam zdanie, do drugiej babci, do cioci, by poradziła, czy dobrze robię. Wszyscy się zgodzili, byli wyrozumiali. Zaczęłam chodzić na grafikę, wynajmowałam mieszkanie z Ewą.
Do tej pory nadal się nie widziałam z Anią na żywo. Jej największym wyrzutem w moją stronę stało się mieszkanie z Ewą, bogactwo, zostawienie dziadków, bycie pasożytem, bycie leniwym studentem dziennym. Wysłuchiwałam tego i nic nie odpowiadałam, myśląc, że pewnie to prawda. Ale jako że Ania była rok ode mnie młodsza, za rok dostała się zaocznie na tę samą uczelnię co ja (inny kierunek), jednocześnie szukając sobie pracy.
Jej rodzina. Jej rodzina na początku mnie nie lubiła – sama nie wiem czemu, choć domyślam się, że to przez częstotliwość pisania ze mną. Pisałyśmy prawie że CIĄGLE. Dodatkowo moje przypuszczenia są takie, że również uważali mnie za pasożyta i tak dalej i tak dalej i jakiegoś burżuja. Mimo wszystko Ania opowiadała im o mnie (mama i siostra – tata był niewygadanym i takim dosyć nieobecnym członkiem rodziny) i jakoś akceptowali moje istnienie jako przyjaciółki Ani. I w końcu jej mama zaprosiła mnie na dwa dni do nich, to miało być moje pierwsze spotkanie z nią. Nie wyobrażasz sobie, jak się denerwowałam… Mimo już czucia się poniekąd w tej relacji źle, ciągle miałyśmy dużo tematów, ciągle było też dużo pozytywnego w tej relacji, a ja ciągle byłam na zabój zakochana.
I pojechałam. Odebrała mnie z peronu, a ja, jako osoba strasznie nieśmiała i zdenerwowana, prawie się trzęsłam z nerwów. Ania była ZAWSZE wygadana, przez telefon potrafiła przegadać godzinami, gdzie ja wtrącałam po kilka zdań. Tak też ku mojej „uldze” (albo tak na serio nie) również mnie zagadywała. Jako człowiek w niej zakochany, od razu ją sobie wyidealizowałam, uważałam za piękną, mądrą, pociągającą. W końcu dotarłyśmy do domu: jej mama dosyć poważna, zawsze była dla Ani surowa, tutaj też wydawała się niewygadana, co mnie peszyło i sprawiało, że brakowało mi języka w ustach. Siostra podobna do Ani, raczej wymagana, nawet sympatyczna, ale również z nią miały czekać mnie rewelacje. W każdym razie o ile z Anią czułam się komfortowo, o tyle nie z jej rodziną. Pokój miała z siostrą i chociaż siostry nie było w nim w tamtej chwili, drzwi MUSIAŁY być ciągle otwarte.
Jakiś czas przed przyjazdem do Ani, ścięłam włosy i zmieniłam styl na bardziej chłopięcy. Miałam serio włosy chłopaka, nie malowałam się (wtedy nawet wcześniej się nie malowałam, dopiero teraz zaczynam), można mnie było z chłopakiem pomylić. Zrobiłam to poniekąd dla siebie, ale oczywiście też dla Ani, która deklarowała biseksualność, ale zawsze podkreślała, że chce mieć chłopaka i męża i dzieci. I mówiła mi, że mam męskie rysy twarzy.
Oczywiście dostałam komplementy, że jestem ładna, że tak mi pasują te włosy… Spacerowałyśmy razem, rozmawiałyśmy, dalej zapewniałam ją, że może sobie znaleźć chłopaka, choć w głębi duszy tego nie chciałam. Dużo mi opowiadała o sobie, nawet ja miałam okazję opowiedzieć o sobie. W końcu w nocy przeżyłam swój pierwszy pocałunek, nawet nie jeden, przytulałyśmy się, całowałyśmy, nic więcej, ale dla mnie to było AŻ tyle. Po tej nocy Ania była mną zachwycona, a ja nią. Mówiłyśmy sobie, że się kochamy, Ania mnie przepraszała, że mówiła o tym chłopaku i tak dalej. Podziwiała mnie. A ja czułam się najbardziej spełniona na świecie. Wracając pociągiem do Poznania całą drogę przepłakałam, cały dzień przepłakałam, że nie mogę być przy niej. Ona zresztą podobnie.
Inne wrażenie miałam o jej mamie, kobieta chyba oczekiwała, że będę ją zagadywać, a byłam przy niej zahukana jak nigdy. Kolejnego dnia Ania powiedziała mi, że jej rodzina uważa mnie za dziwną, że prawie nic nie mówię i prawdopodobnie mam jakiś autyzm. Dokładnie tak powiedziała. A ja przyzwyczajona, że Ania już nieraz mi mówiła, że zachowuję się, jakbym miała autyzm, po prostu to przyjęłam, choć w głębi duszy było mi przykro jak nigdy. Przecież byłam uprzejma, dałam im jakieś czekoladki, podziękowałam za gościnę (jeden dzień, jedna noc i kolejny dzień wracałam) i to bardzo szczerze. Dotknęło mnie to i nie lubiłam jej rodziny… Przy czym o ironio, jej ojciec powiedział do mnie tylko dzień dobry i do widzenia. Może też miał autyzm, haha…
Przez jakiś czas między mną a Anią było cudownie, czułam się zakochana jak nigdy, ale jednocześnie coraz gorzej znosiłam jej docinki. Zaczęła malować paznokcie i to tak, że miała górę lakierów; ja też się tym zainteresowałam, a z racji że miałam te krótkie włosy i byłam chłopczycą, Ania nazywała mnie transem i mówiła, że brzydko to na mnie wygląda. Zaczęłyśmy się spotykać na jej zjazdach i zazwyczaj w miejscu, gdzie wynajmowała na noc pokój. Oczywiście dalej były czułości, całowanki cacanki, choć ja robiłam się coraz ostrzejsza, nie dawałam sobie mówić przykrych rzeczy, łatwo się obrażałam.
Ania uważała, że od lat ma depresję. Jakiś czas chodziła do psychologa, miała lęki, myśli samobójcze, interesowała się strasznymi opowieściami, horrorami, trupami, wszystkim co mroczne. Potrafiła nie spać całą noc i wtedy dzwoniła do mnie, a ja musiałam się budzić i z nią rozmawiać, nieważne, jaki dzień miałam kolejnego dnia. Jeśli nie obudziło mnie jej dzwonienie, obrażała się na mnie. Pamiętam, że nawet dzień przed moją maturą zapytała „będę mogła zadzwonić jakbym nie mogła zasnąć?”, a ja zasugerowałam, że wolałabym nie: obraziła się. Chciała żebym w każdym momencie mogła jej pomóc z jej lękami, żebym w każdym momencie mogła z nią pisać. Wtedy dawała głównie korepetycje, miała dużo czasu wolnego przez dzień – oczekiwała, że będę całe dnie z nią pisać z wykładów. Zaczynałyśmy się żreć, zwyczajnie żreć, a z jej zabójczą szczerością również ja zaczęłam kąsać, kiedy ona wyzywała mnie, ja wyzywałam ją. Mówiłam jej, że jest złośliwa, niemiła, że robi to specjalnie, żeby mnie zdenerwować, że lubi widzieć jak cierpię. Prawdopodobnie w tym momencie także byłam toksyczna, ale miałam to w nosie, bardzo chciałam się odegrać.
Spotykałyśmy się podczas jej zjazdów, w końcu doszło do tego, że jakoś nocowałyśmy do siebie i wow wow, nareszcie dołączyło do tego wszystkiego współżycie. Nie będę się wdawać w szczegóły, niezdarnie było na samym początku, nigdy nie czułam się potem nawet z nią spełniona pod tym względem, choć lubiłam jej dotyk. Chyba już wtedy widziałam jej zapatrzenie w siebie, wiesz jak to jest w lesbijskim związku? Obie strony muszą dużo dawać od siebie, żeby obie były zadowolone. Miałam wrażenie, że ja musiałam dawać jej 70%, kiedy dostawałam jej 30% odwalone po łebkach. Oczywiście z początku I TAK mi się to podobało, z kolejnymi razami choć czułości były przyjemne, byłam sfrustrowana, że nie jest mi tak, jak powinno. Mam wrażenie, że jej też nie do końca było, ale tak bardzo tego chciałyśmy, że nie dopuszczałyśmy tego do siebie. I choć wrażenie takie miałam, ona miała na to ochotę ZAWSZE, a ja nie, co również mnie poniekąd irytowało. Chyba jednak musiało jej się podobać bardziej, niż mnie.
Po tych aktach Ania podkreślała, że już nie jesteśmy razem. Że chce mnie kochać wolno, bez nazywania tego, że społeczeństwo tego nie potrzebuje. Że chce ze mną wyjechać do Meksyku i tam żyć z pisania książek i mnie kochać i być ze mną bez żadnych pytań. Jednocześnie podkreślała, że nie jesteśmy razem, to nie związek… Bolało mnie to, ale przyznawałam jej rację, czemu ci okropni ludzie chcą nazywać relacje „związkami”. Jesteśmy wolne.
W tym momencie już wiedziałam, że jesteśmy przyjaciółkami, które uprawiają ze sobą seks i wcale nie ma mowy o żadnych związkach.
Depresja Ani pogłębiała się i może to okrutne, ale uważałam, że ją to rajcuje i fascynuje. Bycie biedną, bycie inną, bycie pokrzywdzoną… Mówię tutaj o etapie sprzed jakichś dwóch lat czy nawet roku, Ania zaczęła mieć myśli samobójcze, coraz więcej się kłóciłyśmy, a ona groziła mi, że się zabije. Wyzywała mnie od tępych dzid, uważała mnie za lesbę, która nienawidzi mężczyzn i feministkę, którymi gardzi, transa i bycie wiecznie napaloną na nią. Mówiła mi, że jestem głupia, że zostawiłam dziadków, niewdzięczna, pasożyt, pusta, bez gustu, jak zwykle. A ja zaczęłam się bronić, wykłócać, mówić jej, że jest potworem, że powinna się leczyć, skoro ma depresję i takie zapędy. Ona mówiła, że nie chce się leczyć, że leki otumaniają, że nikt jej nie wyleczy, odgrażała się na odwrót, że to ja jestem taka i taka, groziła, że się zabije. Zaczęła się ciąć, najczęściej z mojej winy i po naszych kłótniach. Mówiła, że w ogóle się nią nie przejmuję, nie obchodzę jej, mówię tylko o sobie – wtedy kiedy ja mówiłam jej, że ona mówi tylko o sobie i nic o mnie nie wie. Nic nie wiedziała: wszystko przed nią taiłam, to co lubię, moje pasje, bo wiedziałam, że zmiesza je z błotem. Dałam jej mój egzemplarz mojej ukochanej, ważnej dla mnie mangi, drogiej mojemu sercu – stwierdziła, że jest gówniana. Nie chciałam się już tak narażać i tego, czego kocham. Nie wiedziała nic o moim życiu, ciągle jej słuchałam, nie mówiąc nic od siebie. A kiedy jej o tym powiedziałam, stwierdziła, że to JA nie chciałam nic o sobie mówić, ona mi nie zabroniła. Cóż, poniekąd miała rację…
Warto tu także nadmienić, że mniej więcej w połowie naszej znajomości albo wcześniej, zaczęłam jej kupować prezenty. Najpierw na urodziny, potem zaczęła mi sugerować, że ona w tej chwili nie ma pieniędzy, a bardzo chce to czy tamto. Że ja mam tak dużo pieniędzy, że dla mnie to nic. A ja chciałam być dla niej najcudowniejsza, więc robiłam to, kupowałam. Może dla ciebie to niedorzeczne, ale poniekąd oczekiwałam wzajemności – nigdy nie doczekałam się równie miłych i trafionych prezentów, co ona ode mnie, a dostawałam je tylko na urodziny. I wiem wiem, przyjaźń to nie materializm, ale jak tak teraz na to patrzę, to wszystko kosztowało mnie także górę pieniędzy. Można by zapytać, czemu ja nadal się jej trzymałam, skoro było mi tak źle? Po każdej kłótni JAKOŚ się dogadywałyśmy. Nadal umiała mi mówić, że mnie kocha, nadal miałyśmy wspólne tematy. Odrzuciłam wielu ludzi dla niej i była najważniejsza dla mnie wtedy. To nie ma sensu, ale tak było.
Jednak kłóciłyśmy się tak dużo, że nie wytrzymałam i powiedziałam jej, że nie chcę ani całowania ani seksu ani żadnych kontaktów fizycznych. Czułam się wykorzystana, te kontakty wzbudzały we mnie jednak uczucia, których nie chciałam, bo Ania wyraźnie mówiła, że nigdy nie będziemy w normalnym związku, nawet takim ukrywającym się. Męczyło mnie to, że kiedy tylko MOGŁYŚMY to robić, mogła to robić do upadłego, czułam się jak jakiś przedmiot, bo na pewno nie czułam się kochana. Była zła. Chciała dalej w tym układzie tkwić, ale wstrzeliłam się w taki czas, że akurat jako tako dała sobie to wytłumaczyć. Zaczęła googlować borderline i twierdziła, że to ma, ja mówiłam, żeby szła do lekarza, ale ona nie chciała. Mówiła o wielu mrocznych rzeczach, o których nie chciałam mówić, miałam wrażenie, że niektóre były tylko po to, żeby zrobić na mnie wrażenie „Włożyć rękę do blendera”, „zabić się”, to były jej codzienne teksty. Płakałam przez kłótnie z nią prawie że codziennie. I kiedy ona mi groziła, że się zabije, a ja się litowałam… Zaczęłam ją naśladować. Sama wpadałam w histerię, mówiłam że się zabiję, nawet zdarzyło mi się pociąć tak jak ona, czego na początku jej nie powiedziałam i nie pokazałam (ona to robiła często). Widziałam, ze po histerii przestajemy się kłócić, przestaje mnie wyzywać i nienawidzić. Obie wymawiałyśmy sobie, że jedna drugiej nienawidzi, obie zaprzeczałyśmy. To było tak toksyczne, ten punkt w naszej relacji, tak okropne, że naprawdę zaczęłam wierzyć, że mam jakąś depresję. Powiedziałam jej w końcu o cięciu się – zawsze mówiłam jej samej, że nie powinna tego robić, tłumaczyłam. Wykorzystała to, była zła, stwierdziła, że skoro ja się tnę, to ona też może.
Przez to, że mówiła mi, że zostawiłam dziadków, na studia magisterskie wróciłam do mojego małego miasta i studiowałam (co robię po dziś dzień) dalej w Poznaniu zaocznie. Dwa razy w miesiącu jeżdżę tam, potrzebuję aż czterech dni, dwa na dojazdy, dwa na same zjazdy, wydaję kupę pieniędzy. No ale Ania nareszcie dała mi spokój z byciem wyrodną wnuczką. Ja osobiście uważałam to za moją porażkę, co dorzuciło się do pieca mojego złego samopoczucia. Zaczęłam pracować dorywczo w dużym sklepie spożywczym, mieszkałam (i podkreślam, to trwa po dziś dzień) z dziadkami, czując, że robię coś dobrego, ale jednocześnie nieszczęśliwa, że zostawiłam życie w Poznaniu. Dla miasta, w którym nawet nie znajdę pracy dla grafika… To, to cięcie się, kłótnie, ciągłe mroczne myśli ze strony Ani, poczucie beznadziejności, rozczarowanie samą sobą – w końcu poszłam do darmowego psychologa dla rodzin zastępczych. Robiłam tylko to, co musiałam + kłóciłam się z Anią + oglądałam filmy na youtubie. Kochałam spać, dużo płakałam. Psycholog… Byłam na kilku wizytach i o ile niektóre mi pomogły, moje wspomnienie (bardzo małe i nieśmiałe) o cięciu się zostały zignorowane, pani była bardzo pozytywna i bardzo chciała, żebym zobaczyła, że wcale nie jest tak źle. Czułam się jak idiotka, która wmawia sobie problemy czy jakieś depresje, a tutaj pani widzi, że mam cudowne życie. Zrezygnowałam po jakichś dwóch miesiącach, mówiąc pani, że poprawiło mi się, że teraz czas, żebym wykorzystała pani rady, choć wcale tak nie myślałam.
Kiedy po kilku wizytach odważyłam się powiedzieć Ani, że chodzę do psychologa (sama mnie wcześniej do tego namawiała), z początku była nastawiona do tego pozytywnie. Kiedy zaś któregoś dnia wyszłam od psychologa zapłakana i powiedziałam Ani, że nic mi to nie daje, że czuję się jak idiotka niedoceniająca swojego życia, Ania przyznała, że chyba mam rację. Że niepotrzebnie wmawiam sobie depresję (nie wmawiałam), że może rzeczywiście przesadzam. Wciąż przekonana, że sama jest w depresji i nie chce iść do lekarza, bo leki otumaniają i robią jej gówno z mózgu. Później przy setnej kłótni stwierdziła, że pewnie wymyśliłam tego psychologa, przy kolejnej – że mam zaburzenia i powinnam do niego dalej chodzić. Może miała rację.
Ania poczuła się wolna, skoro przestałyśmy z cielesną bliskością, zresztą ja mieszkałam daleko, a wciąż potrafiłam przyjechać do Poznania tylko dla niej. Ja nawet… nawet nie miałam na to ochoty, robiłam to, żeby zatrzymać ją przy sobie. Wydawałam masę pieniędzy, a w ten sam dzień potrafiłam się z nią pokłócić. W każdym razie… Zakochała się w koledze z pracy, z którym pisała tylko przez Internet (oddział firmy w innym kraju), po dwóch tygodniach była zakochana, zachwycona, pisała i rozmawiała z nim ciągle. Ja? Byłam zazdrosna, ale poniekąd czułam się wolna. Nie miałam ochoty z nią pisać, bo jedyne, co mogła pisać, to zachwyt nad, nazwijmy go, Radkiem. W końcu zaczęła tego tematu unikać, ale nie wytrzymała, mówiąc, że jesteśmy przyjaciółkami i mówimy sobie wszystko. Ja tak naprawdę.. nie kochałam jej już wtedy, wszystkie bolesne rzeczy, które mi mówiła, przewyższały te niebolesne. Nie miałam siły. Ale wciąż okazywałam zazdrość, zaborczość, bo przecież ona była OD ZAWSZE ze mną. To było już rok temu, nawet mniej; pięć lat wspólnej historii. Pokłóciłyśmy się o to, kiedy on poszedł pić i do niej nie zadzwonił, czy coś podobnego. Potrafiła mi wypomnieć, że boli mnie to, bo on jest facetem, a ja nie, a ona woli jego. I że nie mogę się pogodzić z tym, że nie mogę jej ruchać, a on mógłby.
Ale kiedy on ją ostatecznie zawiódł, wróciła do mnie, a ja już czułam, że to wszystko jest tak toksyczne… Ale nie przestawałam. Kiedy kolejny raz się spotkałyśmy, zaczęła mnie całować, a ja jej nie zatrzymałam, chociaż tego nie chciałam. Ba, nawet więcej, a kiedy mówiłam jej „nie”, myślała chyba, że to takie kuszące gierki, bo nie przestała, a ja stwierdziłam, że przecież ciągle ją kocham, nawet jako przyjaciółkę i wiem, że kiedy ją odrzucę, znowu się obrazi. Nagle, przez moment, zaczęła być kochana i mówiła, że chyba nawet mogłaby wrócić do bycia moją dziewczyną i za tym tęskni. Ale ja odpowiedziałam, że to niemożliwe, ucinając temat.
Przez cały okres naszej relacji chciała, żebym się zmieniła. Najpierw byłam zbyt wybuchowa; potem zbyt agresywna, obrażałam się o wszystko. Zbyt męska, potem za bardzo się siliłam na bycie kobiecą. Taka, siaka, owaka, ciągle chciała, żebym się zmieniła, wręcz tego WYMAGAŁA. Zaczęłam unikać spotykania się z nią w Poznaniu, choć spałyśmy w jednej kwaterze. Po kolejnej kłótni, prośbach, groźbach, zaczęłam cichnąć. Mówiła, że ona nie zamierza pisać, a ja też nie zamierzałam, ale nawet tego jej nie mówiłam. W końcu po jakiejś tam przerwie napisała do mnie, że wszystko przemyślała, że rozmawiajmy chociaż czasami, że rzeczywiście się za bardzo wtrąca w moje życie, że nie musimy być tak blisko jak wcześniej, jeśli nie chcę. Ale ja odmówiłam, powiedziałam jej, że to koniec i nie chcę z nią rozmawiać. Prosiła, błagała… Byłam nieugięta. I to była nasza ostatnia rozmowa.

Czułam się jak potwór, ta rozmowa miała miejsce w lipcu tego roku. No przecież przepraszała, chciała się pogodzić, chciała się zmienić… Ale ja WIEDZIAŁAM wiedziałam, że będzie tak samo, że będzie okropnie, że będziemy się tylko kłócić. Wiedziałam. Mimo wszystko, miałam do niej ciągle ciepłe uczucia… Nie nienawidziłam jej.
Jej siostra była inną sprawą. Znała moją dalszą znajomą z liceum z Internetu – kiedyś nawet Ani wmawiała, że wie od niej, że w liceum miałam dobre oceny tylko dlatego, że zmarli mi rodzice. Zawsze mnie nie lubiła, a po rozmowie z Anią, dosłownie po chwili, wysłała mi tę wiadomość, a potem zablokowała: „Wiesz co. Nie ma szczęśliwszej osoby ode mnie jeśli chodzi o to, że skończyłaś zadawać się z Anią. Od początku uważałam, że to Ty jesteś toksyczna, bo ona bardzo się zmieniła jak Cie poznała. Tolerowałam Cię tylko ze względu na nią. Sporo się o Tobie dowiedziałam od ludzi z Twojego miasta, nic nie mówiłam Ani, bo było mi jej żal. Moglam jej wszystko powiedzieć.
Żegnaj osobo, która udawałaś, bo nigdy nie byłaś sobą”

A od Ani dostałam wiadomość na urodziny 11 września, która ostatecznie mnie załamała i utwierdziła w przekonaniu, że zrobiłam dobrze:
” Cześć. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Mimo tego, co się stało, chciałam życzyć ci dużo zdrowia i szczęścia, spełnienia marzeń. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa i że decyzje, które podjęłaś, okazały się dla ciebie korzystne. Mam nadzieję, że nie jesteś sama i że dostajesz od ludzi wszystko to, czego potrzebowałaś, a nie byłam w stanie dać ci tego.

Nie wiem, czy cię to interesuje, ale stwierdziłam, że dam znać, co u mnie. Zacznę od smutnych rzeczy - od 26 sierpnia nie ma z nami Tobiasza. Poważnie zachorował i byliśmy zmuszeni go uśpić. To koniec złych wiadomości. Okazało się, że to, co zrobiłaś, to najlepsze co mogło mnie spotkać. Pierwsze dni były straszne, ale potem wszystko zaczęło się układać. Zrozumiałam, jak dużym obciążeniem była dla mnie ta przyjaźń. Jak bardzo mnie blokowała i jak dużo krzywdy mi zrobiła. Zaczęłam żyć. Znalazłam pracę w zawodzie. Skończyłam pisać licencjat, bronię się pod koniec września. Odnowiłam kontakt z wieloma zajebistymi ludźmi, których olałam dla ciebie. A najważniejsze jest to, że poznałam kogoś cudownego, kogoś, kto był ze mną przez ten cały czas, gdy przeżywałam detoks od ciebie. Wspierał mnie, pocieszał, a ja w tym czasie zdążyłam się w nim zakochać, na szczęście ze wzajemnością.

Bardzo prawdopodobne jest to, że jeszcze się zobaczymy. Idę na studia magisterskie do Poznania, o ironio nawet na tę samą uczelnię i kierunek co ty. Nie chcę też rezygnować z nocowania u pani Basi. Nie zamierzam jednak odwalać żadnych scen. Nie musisz obawiać się czegoś takiego, mam nadzieję, że ja z twojej strony też nie muszę.

Zrobiłaś dla mnie to, co najlepsze. Pozwoliłaś mi odejść, a raczej nie dałaś mi innej opcji. I teraz mogę w końcu powiedzieć, że przymierzałam się do tego od ok. dwóch lat. Chciałam się od ciebie uwolnić, bo chociaż nie uważam cię za złą osobę, byłaś dla mnie... nieodpowiednia. Bałam się jednak samotności. Wydaje mi się, że ta przyjaźń nigdy nie powinna mieć miejsca. Mam z tobą dużo dobrych wspomnień, jednak zaczynają powoli ustępować miejsca nowym, z ludźmi, którzy naprawdę chcą mieć mnie przy sobie. Mam momenty, w których bardzo za tobą tęsknię, ale zdarzają się coraz rzadziej. Po naszej ostatniej rozmowie, spaliłam wszystkie listy, a inne rzeczy rozdałam znajomym. Nie mam już w swoim życiu niczego, co przypomina mi o tobie. W końcu jest dobrze. Jestem w szczęśliwym związku, mój chłopak to cudowny mężczyzna, który uwielbia mnie mimo moich wad i problemów. Nawet, gdy bywało ciężko, wybaczał mi wszystko po to, by teraz mogło być idealnie. Mam prawdziwych przyjaciół. Moje życie nie skończyło się tamtego dnia - zaczęło się. I teraz nadrabiam stracone lata, czerpiąc z niego ile się da. Wierz mi, nie poznałabyś mnie teraz. Ciągle chodzę uśmiechnięta i mimo chwil słabości, wiem, że będzie dobrze, bo w końcu nie jestem sama. Jestem zakochana, spełniam się zawodowo, rozwijam swoje hobby. Teraz może być tylko lepiej.

Nie traktuj tego jako próbę odnowienia kontaktu. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Wiedz po prostu, że jestem Ci wdzięczna za to, co zrobiłaś. Pomyśleć, że gdybyś zachowała się inaczej, to gówno ciągnęłoby się dalej. Jeszcze raz wszystkiego dobrego. Jak chcesz, to odpisz co u ciebie, jak nie chcesz, to nie odpisuj. Ja w każdym razie pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.”
Jestem przekonana, że ja także byłam w tej relacji toksyczna. Wmawiałam sobie, że tego potrzebuję, że to jedyne, co daje mi szczęście. Czuję się niesamowicie skrzywdzona, sama zaniedbałam znajomości przez te lata, mam 23 lata i czuję, że już co mogło mnie najlepszego spotkać, przeminęło. Nie wierzę, że jeszcze kiedyś się zakocham, boję się przyjaźnić i angażować. Myślę o tym wszystkim często i mam dziurę w sercu i tak bardzo żałuję zmarnowanych dni, zmarnowanych wyborów, tego że ulegałam, że jestem w mojej małej mieścinie i nie robię nic.
Dziękuję za wysłuchanie mnie. Może będę przydatnym przypadkiem!
  • awatar (nie)żyjąca: @gość: Wow, dziękuję ci za komentarz! Chyba nigdy w życiu od nikogo nie usłyszałam tylu komplementów, w szoku jestem. Dziękuję, jestem przekonana, że jest wiele takich kobiet, tylko nie piszą o tym na jakimś anonimowym blogu na pingerze... Naprawdę twój komentarz sprawił, że mi milej! Szukaj, na pewno znajdziesz, jestem sto procent pewna. Choć też nie wiem, czy to dobry wybór, bo co z tego, że wartościowe, skoro zranione i ostrożne? tak niestety bywa. A to "JA" to chyba najprawdziwsze ja, jakie mogło być, dlatego takie anonimowe. Dziękuję i powodzenia, Gościu! Pięknie to opisałeś, lirycznie!
  • awatar Gość: wiedzieć, że nie chcę nic od Ciebie, chociaż cos mi mówi, że byłoby warto Cię poznać. Nie musisz być miła dla mnie. Znam smak pogardy i odrzucenia. Ale szukam i oglądam się za kimś takim jak Ty. Gdzies tam jesteś taka niedostępna i nieosiągalna. Przynajmniej wiem, że warto szukać. Możesz potraktować mnie jak powietrze, jak powiew jesieni, bez znaczenia. Ja tylko chciałbym wiedzieć...
  • awatar Gość: @(nie)żyjąca: Nie możesz pisać co Ci się podoba! Jest kilka tego powodów, najważniejszym jest, że ktoś np. taki jak ja, kiedy to czyta staje się częścią Ciebie. Czy chcesz tego czy nie. Potem odbija się to i zostawia znamię, kształtuje i utrwala poglądy. Ty mnie zaintrygowałaś, rozumiesz... pomyślałem, że jesteś bardzo wartościową osobą. Tyle przeżyłaś to i Twoja wrażliwość została w pewien sposób ukształtowana. Dla mnie jak lśnienie. Nie znam nikogo innego z tak wciągającą osobowością. Widzisz, bardzo to na mnie działa a Ty piszesz nonszalancko, że nic Cię to nie obchodzi co ktoś inny uważa. A ja nie chcę się po prostu zawieść, że Ty tu to tak naprawdę nie Ty, tylko Twoja imitacja, drugie Twoje "JA". Rozumiesz? Chcę wiedzieć, że jesteś jak w tekście który przeczytałem. Że są takie kobiety, które co przykre tak dużo przeżyły, ale przez to stały się wartościowe. Może bezwiednie ale dałaś mi się poznać. Dlatego proszę, nie pisz, że to bez znaczenia, bo to ma swoje konsekwencje. Musisz
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Nienawidzę siebie.

Proces zaczęcia nienawidzenia siebie rozpoczął się, kiedy ją poznałam. Kiedy z każdym dniem stawałam się dla niej gorsza i gorsza i gorsza i gorsza
teraz mówi mi, że powinnam się lepiej ubierać, że jestem brzydka, że wyglądam jak trans
Że jestem autystyczna, że nienawidzę mężczyzn, że ją krytykuję, nie wspieram
A wiecie kurwa co? Wspieram. Myślałam, że będę rozpaczać jak znajdzie faceta, ale wcale tak nie jest, nie po tym, jaka toksyczna się stała. Czuję ulgę. Nie bardzo potrafię się nim ekscytować; ale czuję ulgę. A ona co na to? Nienawidzi mnie dalej, bo ja się go czepiam, bo ja to, bo ja tamto.

Chociaż niczego złego nie powiedziałam. To wszystko powstaje w jej głowie. Głęboko. W. Jej. Głowie.

To takie chore, że wmawia mi te wszystkie rzeczy, a ja się czuję gówniana, nic nie warta, żałuję tego zmarnowanego czasu, żałuję mojego życia, żałuję tego, że nigdy w życiu nie znalazłam żadnej motywacji do życia
Żadnej

Jestem taka pusta
 

 
A mnie jest tak źle
Nikt tego nie wie, nikt nie widzi, bo jak miałby widzieć, robię wszystko, żeby nikt nie wiedział
Ale jest mi kurwa tak okropnie źle, nigdy przez całe moje życie nie czułam się tak źle
Tylko że zawsze jest ktoś, kto ma gorzej
Mam nieraz taką cholerną ochotę powiedzieć komuś, jak mi źle
Ale nie mam komu, nikogo nie obchodzi to, że ktoś się czuje źle, nie wiem, co to jest, po prostu już nie mogę
Codziennie płaczę i nic nie poradzę, tak jest i koniec
Robię wszystko, żeby nie mieć problemów i nic ponadto
Staram się, by było dobrze, a to nigdy nie jest tak, nigdy nie jest dobrze
Jak to możliwe, że dajesz z siebie wszystko, a wciąż jest źle, czy tylko ja tak mam, jak to jest do kurwy możliwe
Robię wszystko, żeby zrobić, wszystko przeminie i umrę, i nie zostanie nic
Czemu jest mi tak cholernie źle? Jasne, ciągle o czymś myślę, ale to dla mnie za wiele
Skąd ja mam brać motywację do życia, co jest w życiu fajne, co sprawia przyjemność? Jest coś takiego? Bo ja tego nie widzę
Ale wiem, że nie mogę się poddać, bo nie chcę zawieść tych wszystkich ludzi
Nie chcę być przez nich wytykana
Nie chcę być odrzucona
Nie mam już niczego, rozumiesz, ty nigdy tego nie zrozumiesz, nie mam niczego i nie potrafię niczego zdobyć
Zaraz nie będzie nikogo
A ty się odcinasz, masz w dupie tę przyjaźń
Tylko ja wciąż mam nadzieję, chociaż wiem, że może lepiej by było to skończyć, ale nie mogę tego zrobić i nie chcę
Jednocześnie ciągle nie mam żadnej motywacji, więc dlaczego się nie poddam? Sama tego nie rozumiem, rozsądek mówi, żeby się poddać
Ale nie wiem, jest jakieś ziarnko mnie, które mi nie pozwala
Wierzę, że kiedyś przestanę się czuć źle, kiedyś przecież muszę, prawda? Choćby w chwili śmierci
Nikt nie wie i nie chce wiedzieć, o czym myślę, nikt
Nikt nawet nie chce, czy to jest dobre? Czy powinnam być zadowolona? Dlaczego w ogóle jestem z tego niezadowolona
Wolałabym nie być człowiekiem, nie być osobą, wszystko by było takie łatwe
I nie potrafię sobie nawet zrobić krzywdy, to tak kurewsko frustrujące
Pewnie coś oglądasz i się śmiejesz
 

 
Tak naprawdę... Strasznie mnie boli ta nasza relacja, bo ja bym chciała więcej, a jednocześnie wiedząc, że z tego nic nie będzie, nie potrafię się odciąć. Nie chcę już się całować i trzymać za ręce. Jeśli mam być przyjaciółką, to tylko przyjaciółką. Chyba nie dam rady inaczej. Przepraszam... Nie chcę się zniszczyć.
  • awatar Gość: Trzymaj się, bądź silna ! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wszyscy by chcieli, żeby istniała tylko ta roześmiana, ciągle żartująca, rozważna Magda
Ta, która zawsze cię pocieszy, zawsze ona będzie tą szczęśliwszą
A ja nic nie poradzę na to, że czuję się jak czuję
Kiedyś płakałam tylko jak ktoś mi sprawił przykrość albo z kimś się pokłóciłam, teraz przypomnę sobie jakieś gówno albo przeczytam coś, co mi o czymś uświadomi i płaczę
I zaraz mam wyrzuty sumienia, że ja się nie mogę tak czuć, bo nic złego się nie dzieje w moim życiu
Ale się czuję i co ja mam kurwa zrobić? Co mam poradzić na to, że kolejna sprzeczka wysysa ze mnie jakąkolwiek motywację do życia? Ty sobie siedzisz ze wszystkimi, a ja chcę umrzeć
Chciałam mieć chociaż jakiś czas przyjemny w swoim życiu, ale tak się nie da, potem pojadę do domu i będę czekać, aż wszyscy umrą
Oni umrą, a ja będę jebanym bezpańskim psem i wszyscy mnie już zostawią
Bo tego nawet się nie da zatrzymać, żaden człowiek nie może tego zatrzymać
I nie będę miała czego zrobić ze swoim życiem
Coś się stanie w domu, a ja nie będę umiała pomóc i się boję, że coś się stanie przeze mnie
I potem już będę tylko ja sama z tymi myślami
Jak ja mam się cieszyć, z czego ja mam się cieszyć
Wydam wszystkie swoje pieniądze i tam zgniję
Myślisz, że ja kocham siebie? Jestem najgorszą kupą gówna, z którą muszę się pogodzić
Nie zniosłabym drugiej takiej samej siebie w bliższej znajomości
I ciągle muszę udawać, że jestem taka zabawna i tak mnie wszystko śmieszy
A nikogo nie obchodzi, że czuję, że jest sobie życie, a zaraz umierasz
To wszystko nie ma celu
I zawsze żyję tylko po to, żeby spełnić oczekiwania innych, żeby oni byli szczęśliwi i coś ich ode mnie ucieszyło w życiu
Tak, po to, żeby się poczuć lepiej, bo nic innego nie sprawia, że czuję się lepiej
Ze sobą
A tak naprawdę i tak zawsze wszystkich zawodzę, chociaż dążę do odwrotności
Najlepsze jest to, że nawet gdybym chciała się zabić, to nie potrafię, bo za bardzo boję się bólu
Jestem tchórzem

Mogę umrzeć i tak bardzo świat i ja i wszyscy mieliby to w dupie
 

 
Nie chce mi się żyć.
Nie mam dla kogo żyć.
Dlaczego ona mnie nienawidzi?
Dlaczego mnie nie zostawi w spokoju...
 

 
Dzięki za komentarze przy poprzednim poście! (wiem, że te osoby tego nie przeczytają, ale co tam)
Nadal sytuacja z tamtą osobą jest... Dziwna. W zawieszeniu. Nieciekawa. Boli mniej, ale ciągle boli za bardzo. W sumie to nic z tego zupełnie, więc na dzisiaj porzucę ten temat, by kieeedyś do niego wrócić, okej?

Otóż... ostatnio czuję się źle ze sobą. Z tym, jaka jestem. I bardzo z tym, jak wyglądam. Jak powinnam wyglądać? W czym mogłabym wyglądać dobrze i dlaczego wciąż wyglądam źle? Mój problem jest w tym... Że nie umiem wyglądać ani jak porządny facet, ani porządna kobieta. Mam rysy faceta, pomieszane z piersiami, mało wciętą talią, szerokimi barkami, masywnymi udami... Boże, nie wiem, nie wiem, czym jestem. To nie przypomina ani kobiety, ani mężczyzny. Obcinam się na krótko... Ale to odbiera mi kobiecość, nie dając męskości. Długie włosy zarazem robią ze mnie karykaturę, faceta udającego kobietę. Nie czuję się dla nikogo atrakcyjna, nigdy, nawet sobie nie wyobrażam, by być dla kogoś atrakcyjną. A nie chodzi o to, że jestem brzydka. Chodzi o to, że nie jestem niczym konkretnym i to mi się nie podoba. I pewnie innym też nie. Domyślam się, że JEJ też nie, więc nie rozumiem jej słabości w tym kierunku... Szczerze wierzę, że jest po części udawana.
I to nie tak, że ubierając się "męsko" i tak dalej, chcę być facetem, nie. Bardzo lubię bycie kobietą (choć pewnie bycie facetem też jest spoko), ale nie potrafię u siebie tego wdrożyć w życie... To dziwne. To bezpłciowe coś, to to, jaka jestem naprawdę. Chyba. Ale czy to da się zmienić? Jestem seksualna, ale czy płciowa i pociągająca? W to trochę wątpię. Dlatego trudno mi siebie widzieć z kimkolwiek. *oprócz niej, ale z nią już miałam pewien wstęp. to naturalne*
Jak być? Jednocześnie mogę pomyśleć, że ciało to tylko ciało. Albo AŻ ciało.
A może jednak lepiej być facetem?
To trudne.

EDIT: Jak tak teraz patrzę, to pisałam, że czułam się atrakcyjna. Pewnie również dlatego, że ktoś mnie wtedy komplementował. jak widać, wszystko się zmienia i w sumie uważam, ze wciąż jestem najatrakcyjniejsza ze wszystkich moich wcieleń. Ale mam poważny kryzys. Trudny, serio.
 

 
Wiesz, dlaczego mówiłam, że "nikogo nie potrzebuję"? (Z wyjątkiem ciebie, choć widocznie to nie było warte zapamiętania.) Bo kiedy kogoś tracisz, to boli tysiąc razy bardziej. A ja ciągle kogoś tracę. Ciągle ktoś umiera, znika, zostawia mnie, choć miał się mną opiekować, a ja nim. Choć mówił, że mnie kocha, że jestem bardzo ważna i nigdy mnie nie zostawi. Ale zawsze zostawia. Czy potrzebuję ludzi? Oczywiście, że potrzebuję. Ale nie potrzebuję tego bólu. Wolę znieść ból braku kogoś, nie znać tego smaku, niż kogoś stracić. Niż sprawić, że ucieknie albo po prostu egoistycznie mnie zostawi. Boli.
Boli.
Boli.
Nawet nie wiesz, jak to boli, bo pewnie śmiejesz się z nowymi ważnymi ludźmi.
Nie wiecie.
  • awatar Gość: Bez serc, bez sumień - to szkieletów ludy...
  • awatar Gość: Nigdy Ci nie zapomnę, jak targowałas sie o każdą filiżankę gorącej herbaty, twierdząc, że potrzebujesz jej bardziej niż ja - a na koniec skazałas mnie na nocleg na dworze w największy mróz - nie, nigdy Ci tego nie zapomnę...
  • awatar doex: Boli, wiadome :') i przykre
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kiedy byłaś z kimś blisko. Potem wyznaczyliście granice. Czy ta osoba ma prawo wymagać od ciebie, że masz wyglądać tak, jak ona lubi? Bo jej się to bardziej podoba? Wiem, głupia sprawa, ale... lubię malować paznokcie. Dla mnie to kobiece, ale wyglądam dosyć męsko, mam krótkie włosy i tak dalej. I ona twierdzi, że pewnie wyglądam jak trans. (nie mam nic do transseksualnych osób!) I cały elaborat, dlaczego nie jestem kobieca. A czy nie powinna mieć tego... Gdzieś? Tak po prostu gdzieś? Nie jestem jej dziewczyną. Jestem przyjaciółką, nie muszę być dla niej atrakcyjna. Wolę być atrakcyjna dla SIEBIE, nie dla niej. I poczucie bycia seksowną gdzieś uleciało... Lubię siebie taką, jaką ja chcę być, a nie taką, jaką chce osoba, której nie muszę się podobać. Nie powinnam.
Czy to złe, że mnie to tak denerwuje...?
 

 
Dzisiaj się czuję seksowna! Podoba mi się taki wygląd na granicach płci, może sama nie polubiłabym takiej dziewczyny/chłopaka, ale sama się w tym czuję atrakcyjnie. Tylko czasem nie ma do kogo się powdzięczyć, ale może kiedyś się to zmieni.
Można wszystko!
  • awatar (nie)żyjąca: @O z Lalkami: Dziękuję bardzo, na pewno się przyda! Również pozdrawiam :D
  • awatar O z Lalkami: grunt to żeby dobrze się ze sobą czuć :) pozdrawiam i więcej pewności siebie życzę :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zadziwia mnie to, jak różne są te posty i mi niedobrze, jak widzę ten cukier. Głupia jestem! Ciągle się kłóciłyśmy (głównie o to, że ja mam pieniądze, a ona ma mniej, wtf? Nawet nie mam ich tak dużo, mam oddać innym, żeby ona się czuła dobrze?) W każdym razie... Zawsze widziała we mnie tylko wady, a gdy pytałam o to, co we mnie lubi, nabierała wody w usta. O tak! I zawsze kłótnia na dokładnie ten sam temat. Dochodzimy do wniosku, że niczego sobie nie mówimy. (bo ona nienawidzi tego, gdzie mieszkam, co studiuję i z kim się zadaję - więc co mam zrobić? a przyjechałam tutaj między innymi dla niej) Potem z dupy wychodzi, że ona chce mieszkać gdzieś tam i gdzieś tam i jestem stalkerem, że chciałabym z nią (jeszcze zakładałam, że będziemy razem). A potem?
Ona chce mieć dziecko, jej największe marzenie, chce mieć męża i tak w ogóle to chce spróbować z facetem. No to kurwa myślę sobie, mogłaś mi to powiedzieć dawno temu, zanim się zaangażowałam. Ale to wyzwanie od stalkera mnie całkiem zabolało. Stwierdziłam, że ma mnie zostawić, ma się do mnie nie odzywać, bo tak będzie dla niej lepiej. W końcu jestem stalkerem, to coś złego, prawda?
A ona do mnie pisze sms, żebym się przestała wygłupiać, żebyśmy wróciły do tego, co wcześniej (czyli kurwa niewiemczego-niczego), że czill, bla bla, srelemorele. No i okej, zawsze byłam jej przyjaciółką i mogę nią być, ale niech ona się stara i niech nie oczekuje, że będę ją lizać po dupie za krytykowanie mnie. Byłam taka głupia, taka naiwna. Serce boli mnie jak jasna cholera i codziennie sobie wmawiam, że nic z tego nie będzie, bo... Nie będzie. I nie będę się z nią miziać jako przyjaciółka, to mnie zbyt wiele kosztuje. Chcę, żeby znalazła chłopaka, żebym wreszcie była pewna. Męża, dziecko. Oduzależni się ode mnie, bo ja nie wiem, kim dla niej jestem, nie czuję się przyjaciółką. Przyjaciółki chyba się tak nie traktuje...? Nie wiem. I nie rozumiem czemu tak ułatwiłam jej zerwanie kontaktu, a ona nadal się tego trzyma. W sensie... Przecież wie, że jestem w nią zapatrzona, byłaby wolna i miałaby życie, czy to nie piękne? I wreszcie znalazłaby chłopaka czy coś. Nie rozumiem jej. Chyba tak przyzwyczaiła się, że ma z kim rozmawiać, że sobie mnie nigdy nie odpuści. Szlag mnie trafia. Mam zamiar się trochę oddalić i patrzeć na to z dystansem. Te chwile z nią były wspaniałe, ale ich żałuję, bo nie mogę ich zapomnieć, a tak bardzo bym chciała. Ogromnie.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
Mam ochotę krzyczeć. Jak można się tak kimś bawić? I po co komuś wmawiać, że się kocha, skoro się nie kocha? Czy ja jestem jakąś pieprzoną idealistką?
 

 
Zadziwia mnie to, jak różne są te posty i mi niedobrze, jak widzę ten cukier. Głupia jestem! Ciągle się kłóciłyśmy (głównie o to, że ja mam pieniądze, a ona ma mniej, wtf? Nawet nie mam ich tak dużo, mam oddać innym, żeby ona się czuła dobrze?) W każdym razie... Zawsze widziała we mnie tylko wady, a gdy pytałam o to, co we mnie lubi, nabierała wody w usta. O tak! I zawsze kłótnia na dokładnie ten sam temat. Dochodzimy do wniosku, że niczego sobie nie mówimy. (bo ona nienawidzi tego, gdzie mieszkam, co studiuję i z kim się zadaję - więc co mam zrobić? a przyjechałam tutaj między innymi dla niej) Potem z dupy wychodzi, że ona chce mieszkać gdzieś tam i gdzieś tam i jestem stalkerem, że chciałabym z nią (jeszcze zakładałam, że będziemy razem). A potem?
Ona chce mieć dziecko, jej największe marzenie, chce mieć męża i tak w ogóle to chce spróbować z facetem. No to kurwa myślę sobie, mogłaś mi to powiedzieć dawno temu, zanim się zaangażowałam. Ale to wyzwanie od stalkera mnie całkiem zabolało. Stwierdziłam, że ma mnie zostawić, ma się do mnie nie odzywać, bo tak będzie dla niej lepiej. W końcu jestem stalkerem, to coś złego, prawda?
A ona do mnie pisze sms, żebym się przestała wygłupiać, żebyśmy wróciły do tego, co wcześniej (czyli kurwa niewiemczego-niczego), że czill, bla bla, srelemorele. No i okej, zawsze byłam jej przyjaciółką i mogę nią być, ale niech ona się stara i niech nie oczekuje, że będę ją lizać po dupie za krytykowanie mnie. Byłam taka głupia, taka naiwna. Serce boli mnie jak jasna cholera i codziennie sobie wmawiam, że nic z tego nie będzie, bo... Nie będzie. I nie będę się z nią miziać jako przyjaciółka, to mnie zbyt wiele kosztuje. Chcę, żeby znalazła chłopaka, żebym wreszcie była pewna. Męża, dziecko. Oduzależni się ode mnie, bo ja nie wiem, kim dla niej jestem, nie czuję się przyjaciółką. Przyjaciółki chyba się tak nie traktuje...? Nie wiem. I nie rozumiem czemu tak ułatwiłam jej zerwanie kontaktu, a ona nadal się tego trzyma. W sensie... Przecież wie, że jestem w nią zapatrzona, byłaby wolna i miałaby życie, czy to nie piękne? I wreszcie znalazłaby chłopaka czy coś. Nie rozumiem jej. Chyba tak przyzwyczaiła się, że ma z kim rozmawiać, że sobie mnie nigdy nie odpuści. Szlag mnie trafia. Mam zamiar się trochę oddalić i patrzeć na to z dystansem. Te chwile z nią były wspaniałe, ale ich żałuję, bo nie mogę ich zapomnieć, a tak bardzo bym chciała. Ogromnie.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
Mam ochotę krzyczeć. Jak można się tak kimś bawić? I po co komuś wmawiać, że się kocha, skoro się nie kocha? Czy ja jestem jakąś pieprzoną idealistką?
 

 
Tęsknięęęę za niąąąą. Okropnie. </3
 

 
Dziękuję wam, za komentarze z otuchą przy ostatnim poście. Co się działo? Zapewne działo się źle pomiędzy mną, a Moją... A wiecie, że ona jest dla mnie całym światem? Gęsta aura wokół mnie w komentarzu od Gościa również mnie zaintrygowała. Może to była zapowiedź czegoś?
Bo... W końcu jest jakby lepiej. Spotkałyśmy się dwa dni temu. Nie mogę, po prostu nie mogę przestać o tym myśleć. Jak myślicie, jak się traktowałyśmy? Jak przyjaciółki, ale też jak... Kochanki. Co prawda nie kochałyśmy się, ale pocałunki, pieszczoty, moja ręka na jej talii. Byłam wniebowzięta i tak bardzo mi tego brakuje. Wczoraj byłam zrozpaczona, dzisiaj moje ciało czuje, że jej potrzebuje. Jestem taka słaba... Trochę mnie boli to, że nie spełniłam wymagań innych. Ale jej spełniłam i pamiętam niemalże każdą minutę... Spoglądam na paznokcie pomalowane jej lakierem. To było niesamowite. Ona jest niesamowita. Jestem obrzydliwie zakochana, a to taka trudna miłość, tylko do ukrycia. Kiedyś znajdziemy sposób, żeby się z nią nie kryć. Wyczekuję lipca. <3
No i rzeczywiście było lepiej. Nawet wasze komentarze się sprawdzają. Choć wciąż mam miliony obaw.
 

 
Mam dosyć. Bardzo.
  • awatar Gość: czuję ten zapach... tę gęstą aurę wokół Ciebie... ;)
  • awatar Zahhovak: nie martw się, będzie lepiej.
  • awatar Vaira: Co sie dzieje;>?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kiedy byłam mała, mojej mamie przychodziły do domu katalogi bonprix i inne podobne. Oglądałam te ubrania, oglądałam, potem przewijałam na bieliznę dla pań... I dłużej zawieszałam oko. Jak mi się jakaś spodobała, potrafiłam na nią patrzeć z godzinę. (nie przesadzam...) A kiedy mama patrzyła, udawałam, że przeglądam gazetkę.
Lubiłam spoglądać paniom w dekolt. Wtedy byłam grubaskiem i wstydziłam się przebierać z dziewczynami. I nie wiem właściwie, jakie miałam nastawienie. To był dziwny czas.
Ale nie myślałam o tym, że mogłabym być lesbijką. A może po prostu nie wydawało mi się to dziwne... Potem spotkałam osoby płci żeńskiej, które kolejno zawracały mi w głowie. I właściwie nie wiem, jak jest teraz, kim jestem. Nie potrafię się określić. Wiem, że nie widzę siebie przy mężczyźnie, nie widzę siebie jako tej słabszej, wrażliwej... Nie wiem, po prostu lubię delikatność kobiet. Nie muszą być delikatniejsze ode mnie - ale w nich jest coś takiego, czego nie ma żaden facet. I czuję, że mogę im ufać.
Zakochuję się dopiero wtedy, kiedy poznam kogoś na wylot. I w tym przypadku nie zwracałabym uwagi na płeć. A teraz znam na wylot jedną dziewczynę i ją najbardziej uwielbiam.
Ale przechodząc do sedna...
Widzę, jak bardzo niestałe w uczuciach są niektóre homo dziewczyny. Bardzo... I to mnie przeraża. Czy tylko ja jestem jakąś romantyczką-idealistką? Nie mam pojęcia... Ale wielu rzeczy jeszcze nie rozumiem, to dziwne.
Ech, ostatnio odzywają się we mnie wspomnienia.
No i nie spotkałyśmy się w tym miesiącu. :C
 

 
Już jutro nowy rok. Masakra po prostu. To już będzie trzeci rok mojego bloga, LOL. Czyli rozwija się to wraz ze znajomością z nią. Podsumowanie roku?
Było kureeewsko ciężko. Emocjonalnie byłam już na skraju. Nawet nie wiem, czy wcześniej mi się to zdarzało, kiedy rodzice zmarli... To okrutne. Bardzo, bardzo okrutne. Przy mamie byłam w sumie młodsza. Po prostu jej potrzebowałam. Nadal jej potrzebuję i bardzo tęsknię, i za mamą, i za tatą.
Trudności związane ze szkołą, MEGA trudności. Nie wiedziałam, czego chcę. Teraz chyba wiem, ale wciąż czuję się zagubiona i czuję, że nie będę miała spokojnej przyszłości.
Cholera, zapomniałam, że to mój blog na tematy miłosne. Było mega ciężko. Ale jedyne, czego sobie życzę, to żeby w następnym było leciutko w chuj. Chcę mieć TĘ dziewczynę. Koniec z tym. Ma być TA, nie inna i muszę się postarać.
Jezu, szalony rok.
  • awatar Lost Soul: Życzę Ci aby mimo wszystko ten rok był w cholerę lepszy. Obyś była z Tą swoją wymarzoną ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kocham te chwile, kiedy niczego nie rozumiem.
Kiedy ktoś ma na mnie TOTALNIE wylane i nagle oczekuje, że ja będę do niego ćwierkać.
Podczas gdy totalnie mnie olewał przez długi czas i przyznaje, że ma w dupie to, co czuję. Dlaczego ja mam się starać, kiedy on na to nie ma ochoty? Lubi być zmuszany? Mam to w dupie, ja nikogo nie zmuszam do mojej obecności. Taka już jestem. Nie wpierdalam się tam, gdzie mnie nie chcą. Jak chciał, mógł ze znajomym rozmawiać. W końcu rozmawiał, mają dużo wspólnych tematów. Miał co robić? Miał. Więc niech mnie nie budzi w środku nocy po dwóch dniach ciszy i nie oczekuje, że będę gadać głupotki. I niech przestanie się tak czepiać, bo gdybym ja się tak czepiała, to już bym DAAAAWNO osiwiała.
pozdro
 

 
Tęsknię za zbyt wieloma rzeczami.
Jest trudno.
 

 
Ostrzegam, nie wracam do tematu osobistego, nie wracam do tego, o czym zawsze pisałam, raczej opiszę tutaj coś, co zaobserwowałam.

Jak to możliwe, że dziewczyna, która zarzeka się, że jest facetem nieskażoną lesbijką, zakochuje się w facecie? Nie rozumiem tego. To znaczy okej, na świeżo po rozstaniu, może ma dosyć dziewczyn. Ale nie rozumiem, po co tak wychwalać swoją orientację, a potem nagle bam, będę sobie z facetem. I równocześnie pomyślałam sobie, że trzeba się bać dziewczyn, które są bi. Jesteś sobie z taką, jest super, a ona nagle pozna czarującego chłopaka. I co? Jestem przeświadczenia, że dla niej normalność i posiadanie penisa zawsze wygra z byciem kobietą, lesbijką. Oczywiście kiedy już się zakochasz, to i tak wpadasz, nie ma wyjścia, musisz ufać, że ona się nie zakocha... Ale bądźmy szczerzy, zawsze tak będzie. Zawsze jest niepewność. Zawsze możesz mieć uczucie, że dasz za wygraną, bo w końcu on ma to, czego ty nie masz, no i da jej normalne życie. To okrutne, nie? Wiem, że to nie żadna reguła, że dziewczyna bi może się zakochać w dziewczynie i być z nią już zawsze. Tylko bolesna musi być ta niepewność!
Moja sytuacja jest raczej nie zmienna, to znaczy tak:
- wiem, że nikt tego nie czyta
- mimo wszystko chcę być szczera ze sobą i nie mówić niczego za wcześnie
Zatem wychodzi na to, że nic się nie zmieniło. Ale ja mam prawo mieć nadzieję, nie?
Nie żebym tu wracała, ale jakoś mnie podburzył temat nawróconej lesbijki. @_@